Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Odszukaj.com - przepisy kulinarne Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi
środa, 30 stycznia 2013

 

Nie będę oryginalna w ogóle, jeśli powiem, że w dzieciństwie uwielbiałam krem czekoladowo-orzechowy o nazwie Nutella. Nie będę również oryginalna, przyznając, że na chlebie to lądował on naprawdę rzadko - Nutellę wyjadało się łyżeczką ze słoika ;). Ale jest coś, co totalnie wyróżnia mnie spośród "zwykłych zjadaczy Nutelli" ;). A mianowicie fakt, że najbardziej krem ten smakował mi  - a właściwie smakuje, bo darzę go miłością po dziś dzień - z... masłem! ;). Pełno wszędzie stron i dyskusji o tym, jak to można jeść Nutellę z masłem, jakie to ohydne itp. itd. A ja właśnie tak ją uwielbiam najbardziej. Czemu? Bo masło zwyczajnie wydobywa z niej to, co najlepsze. Lubię bardzo słodkie rzeczy, kocham wszelkie słodycze. Ale od smakołyków zwyczajnie "wściekle słodkich" wolę zdecydowanie te, które są przy tym idealnie wręcz kremowe. Nutella sama - jest za słodka, zbyt zapychająca, powiedziałabym: taka bardzo "dziecięca";). Gdy dodamy do niej masło - czy to na toście, na kanapce, w wafelku bądź w kremie do ciasta - nabiera cudownego, kremowo-maślanego smaku i aromatu. I jest po prostu cudowna.

Pewnie spodziewacie się teraz, że opublikuję dzisiaj przepis na Nutellę. A ja właśnie zrobię inaczej! ;). Zamiast popularnego smarowidła czekoladowo-orzechowego (które notabene również muszę kiedyś zrobić!), przedstawiam... domowy krem Raffaello! Czyli krem kokosowy do smarowania. Teoretycznie do grzanek i chleba, ale wiadomo, że to tylko teoria ;). A więc: do wafelków, ciasteczek maślanych lub do wyjadania łyżeczką ze słoika - będzie jak znalazł! W sieci widziałam kilka przepisów na domowy krem a`la Raffaello, ale żaden z nich mi nie odpowiadał. W większości mocno dominuje smak mleka w proszku, zupełnie zagłuszając delikatną woń kokosa i kremowość, jaką powinien mieć ten krem. Swoją drogą - autorki tych przepisów piszą często, że krem "smakuje jak oryginał" - czy naprawdę można aż tak mylić smaki? :D. W innych zaś były dodawane herbatniki albo jakieś inne ciastka - to też nie kojarzy się ze smakiem popularnych pralinek. A więc w efekcie wytworzyłam mój własny przepis na kokosowy, delikatny krem. Naprawdę pyszności! Polecam!

 

Luźna inspiracja: przepis stąd, ja jednak zmodyfikowałam znacznie proporcje. Dałam dużo więcej wiórków kokosowych, za to o wiele mniej mleka w proszku – jeśli wykonamy krem zgodnie z oryginałem, będzie miał stanowczo za mocny smak mleka w proszku, a nie o to zupełnie chodzi. Pominęłam też zbędne wg mnie żółtko, zwiększyłam nieco ilość cukru (dodając pudru zamiast zwykłego). I, co ważne – znacznie zwiększyłam ilość masła – krem ma być kremowy i maślany, sugerowane się „dietetycznością” w tym przypadku mija się z celem ;). Podaję po zmianach.

 

Składniki:

  • 100 g wiórków kokosowych
  • 80 g cukru pudru
  • 20 g mleka w proszku pełnego
  • 50 ml mleka
  • 50 ml śmietanki kremówki 30 %
  • 50 g białej czekolady
  • 80 g masła 
  • 2 łyżki Malibu

Wiórki kokosowe dokładnie zmielić blenderem na gładki proszek. Powinno to trwać dobre kilka minut, a w efekcie wiórki powinny zyskać lekko wilgotną konsystencję - gdyż zacznie uwalniać się ich naturalny tłuszcz. W rondelku umieścić mleko, cukier puder, masło i czekoladę, stopić wszystko na niewielkim ogniu, aż do utworzenia gładkiej masy. Następnie dodać do wiórków, zmiksować dokładnie. Wlać śmietankę kremówkę oraz likier i ponownie zmiksować, a na końcu wsypać mleko w proszku. Wszystko jeszcze raz dokładnie potraktować blenderem. Na początku krem może być lekko płynny, lecz należy włożyć go do lodówki, a wtedy nabierze odpowiedniej konsystencji.

 

Smacznego!!! :)

 

wtorek, 29 stycznia 2013

 

Uwielbiam masło. Piszę to po raz n-ty, tysięczny, milionowy, ale... ja tak mocno je wielbię! ;). Kiedy robię torty, więcej - kiedy robi się torty z reguły, warstwy maślanego, bogatego kremu umieszcza się zazwyczaj między warstwami lekkiego stosunkowo, bo beztłuszczowego biszkoptu, względnie zrobionego z orzechów, maków, migdałów etc., dodatkowo nasączając je ponczem. Mówię oczywiście o klasycznych, prawdziwych tortach - bo o ile czasem również bardzo lubię zjeść lekki wypiek z kremem z bitej śmietany lub z mascarpone, o ile wciskanie wyżej wymienionych zamiast masła i jajek WSZĘDZIE  - jest wg mnie smutne. Bo szkoda, że tak idealne, polskie dziedzictwo zaciera się z biegiem czasu.

W każdym razie. Receptura tortu jest wręcz klasyczna - i idealna. Ciężki, słodki krem wymaga znacznie lżejszego biszkoptu - bo do tego dochodzi nasączenie, bakalie, konfitury, owoce... Ale czasem, pomijając nieco niektóre składniki klasycznej receptury, można pozwolić sobie na modyfikacje... A co konkretnie mam na myśli? Zastąpienie biszkoptu ucieranym, waniliowym, maślanym ciastem. Mmm, pychota ;). W zamian za to tort ma jedynie dwie warstwy ciasta, ponadto nie zawiera już żadnych konfitur etc. Zaś krem nie jest do końca klasycznym maślanym - bo zawiera sporą dawkę ubitej śmietany, dzięki czemu zyskuje na lekkości i puszystości.

A więc przedstawiam. Tort cappuccino, czyli maślane, ucierane ciasto waniliowe, nasączone ponczem alkoholowo-kawowym, przełożone kremem kawowym maślanym z bitą śmietaną i białą czekoladą. Do tego podprażone orzechy laskowe oraz szczypta kakao na wierzch. Było pysznie! Polecam gorąco!!!

 

Przepis pochodzi ze Złotej Księgi Czekolady wyd. Olesiejuk. Ja jednak dodałam od siebie poncz, aby ciasto nie wyszło za suche, zwiększyłam dwukrotnie ilość kawy w kremie – inaczej byłaby niewyczuwalna, oraz nieco ilość cukru pudru. Pominęłam trufle kawowe, dodałam za to fantazyjne dekoracje z kremu. Ponadto – w przepisie nie było mowy o wykorzystaniu śmietanki kremówki, która została wcześniej wymieniona w składnikach (?). Pomyślałam, że najrozsądniej będzie ubić ją i dodać do kremu – i to był dobry krok. Podaję po modyfikacjach.

 

Ciasto ucierane maślane (tortownica 18 cm):

  • 120 g mąki
  • 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • mała szczypta soli
  • 125 g miękkiego masła
  • 100 g cukru
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 2 duże jajka
  • 90 ml mleka

Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową.

Tortownicę natłuścić i wysypać bułką tartą.

W misce wymieszać mąkę, sól i proszek do pieczenia. W innym naczyniu utrzeć mikserem masło, cukier i wanilię aż do uzyskania puchowej masy. Następnie wbijać po jednym jajku, za każdym razem dokładnie miksując. Na koniec dodawać na przemian mleko i przesiane suche składniki, wciąż miksując na niewielkich obrotach. Gotowe ciasto przełożyć równomiernie do przygotowanej blachy. Piec ok. 50 minut w 180 stopniach. Wystudzić, a następnie przekroić na dwa równe plastry.

Krem maślano-kawowy:

  • 150 g białej czekolady
  • 90 ml śmietanki 30 lub 36 %
  • 210 g miękkiego masła
  • 100 g cukru pudru
  • 1 lekko czubata łyżka kawy rozpuszczona w 1 łyżce wrzątku, ostudzona

Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, wystudzić. W misce utrzeć dokładnie na puch masło z cukrem pudrem. Następnie dodać przestudzoną czekoladę oraz kawę, dokładnie zmiksować. Schłodzoną śmietankę ubić na sztywno, a następnie dokładnie, lecz delikatnie wmieszać do kremu mikserem na najniższych obrotach.

Ponadto:

  • 1 łyżka kawy rozpuszczalnej
  • 1/2 szklanki wrzątku
  • 1 łyżka cukru
  • 2 łyżki spirytusu
  • 50 g orzechów laskowych, posiekanych grubo i podprażonych
  • 1 łyżka kakao

Kawę przygotować we wrzącej wodzie, posłodzić, odstawić do wystudzenia. Następnie dodać spirytus, wymieszać.

Przygotować pierwszy blat ciasta. Nasączyć go ponczem, a następnie nałożyć połowę kremu kawowego. Na to ułożyć drugi plaster ciasta, ponownie nasączyć. Pokryć kremem wierzch i boki tortu, zostawiając nieco do dodatkowej dekoracji. Boki przyozdobić orzechami laskowymi, zaś na wierzch posypać lekko przez sitko kakao. Następnie resztę kremu wycisnąć ozdobną końcówką na tort, formując dekoracje. Schłodzić w lodówce.

 

Smacznego!!! *___*

 

niedziela, 27 stycznia 2013

 

Mówiłam już nieraz, że od dłuższego już czasu znacznie wolę w kuchni sama wymyślać, eksperymentować i tworzyć niż "odtwarzać" znalezione w książkach czy w Internecie przepisy. Czasem jednak zobaczę gdzieś jakieś danie i momentalnie zapala mi się w głowie lampka: "o tak, TO muszę zrobić koniecznie!". Tak właśnie było z publikowanym dzisiaj przepisem.

Co prawda zapisałam sobie tę zapiekankę "koniecznie do wypróbowania" już dość dawno temu, ale prędzej czy później doczekałaby się swojej kolejki - stało się to właśnie ostatnio. Uwielbiam wytrawne tarty, szczególnie te na domowym, kruchym cieście maślanym. Uwielbiam również kurczaka oraz grzyby - szczególnie te duszone w śmietanie bądź na maśle, kocham również oczywiście ziemniaczane puree. No i SERY. I tu właśnie dochodzę do meritum: w oryginalnym przepisie autorka proponuje wykonanie zapiekanki z użyciem sera z niebieską pleśnią, względnie z dodatkiem łagodnego camemberta. Ja natomiast wpadłam na jeszcze inny pomysł: wzbogaciłam potrawę o dodatek... sera koziego. I to był strzał w dziesiątkę! Ogromnie przepadam wręcz za charakterystycznym, słonym i niezmiernie aromatycznym kozim mlekiem - oraz kozim serem. Szczególnie tym dojrzewającym, nie kremowym do smarowania (choć i takim nie pogardzę!). Wpasował się w zapiekankę wręcz idealnie.

A więc jest. Kremowe puree ziemniaczane, delikatna pierś z kurczaka, podsmażone na tłuszczu pieczarki z cebulką, plasterki koziego sera dojrzewającego oraz na wierzchu kruche ciasto - dzięki czemu nie nasiąka i pozostaje cudownie chrupiące. Naprawdę, było przepyszne! Polecam gorąco!

 

Przepis pochodzi z Kwestii Smaku (klik), ja jednak zmodyfikowałam nieco proporcje. Dodałam pieczarki zamiast borowików oraz, co najistotniejsze - zamieniłam pleśniowy ser blue na dojrzewający ser kozi (idealne połączenie). Podaję po modyfikacjach.

 

Składniki (3 porcje)

Kruche ciasto:

  • 100 g mąki pszennej
  • 50 g masła
  • 1 żółtko
  • mała szczypta soli

Mąkę, sól i pokrojone na kawałki masło wymieszać w misce i siekać nożem a później krótko palcami, do utworzenia "kruszonki". Jajko wbić do miseczki, rozbełtać. 3/4 jajka dodać do składników, resztę pozostawić na glazurę. Wyrobić gładką kulę z ciasta, schłodzić w lodówce.

Nadzienie:

  • 400 g ziemniaków, obranych i umytych + 1 łyżka masła + 4 łyżki mleka lub śmietanki
  • 250 g pieczarek
  • 2 łyżki oliwy
  • 1/2 cebuli
  • 200 g piersi z kurczaka
  • 1/2 szklanki lekkiego bulionu drobiowego lub warzywnego
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • sól, pieprz, gałka muszkatołowa
  • 100 g sera koziego (dojrzewającego, do krojenia - nie gładkiego do smarowania!)

Ziemniaki ugotować, odcedzić i ugnieść dobrze praską. Dodać masło i mleko, doprawić solą, pieprzem i gałką, wymieszać na gładkie puree.

Pieczarki umyć, pokroić w plastry. Cebulę posiekać. Piersi z kurczaka umyć, osuszyć, pokroić w kostkę, doprawić solą i pieprzem. Ser kozi pokroić w plasterki.

Na patelni rozgrzać oliwę, dodać kurczaka. Smażyć na średnim ogniu do zezłocenia. Następnie dodać cebulę, smażyć kolejne 4 minuty. Dodać pieczarki, smażyć jeszcze kilka minut, aż grzyby "zwiędną" i ściemnieją. Następnie dodać sos sojowy i bulion, zagotować. Dusić na niewielkim ogniu przez ok. 5 minut, aż sos się zredukuje, a grzyby i kurczak zmiękną. Ewentualnie doprawić solą i pieprzem.

Naczynie żaroodporne wysmarować masłem, wyłożyć na dno równomiernie puree ziemniaczane. Na to wyłożyć masę grzybowo-cebulowo-kurczakową, wyrównać. Poukładać plasterki sera koziego. Ciasto kruche rozwałkować na placek wielkości formy, przykryć nim nadzienie, dociskając do brzegów. Posmarować z wierzchu resztą rozbełtanego jajka. Piec przez ok. 30 minut w 200 stopniach. Najlepsze na ciepło.

 

Smacznego!!! *_*

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

piątek, 25 stycznia 2013

 

WOLNE!!!

Cóż za cud! Choć szczerze mówiąc, i tak ostatnio do szkoły chodziłam dość wybiórczo. No ale, jakby nie patrzeć - obowiązek szkolny już mnie nie dotyczy. Trzeba tylko przetrwać do końca. I zdać jakoś przyzwoicie maturę ;).

Ale na razie - nie muszę robić NIC. Koniec z płakaniem z zimna i chronicznym niewyspaniem. Teraz - muszę spożytkować te 16 pięknych dni najlepiej, jak tylko potrafię.

Pierwsze, co zrobiłam, to upiekłam tort... Ale nie, dziś jeszcze zostawię wszystkich w niepewności - opublikuję go kiedy indziej ;).

Tym razem przedstawiam coś o wiele bardziej "codziennego", ale również bardzo pysznego ;). Mówiłam nie raz o swojej miłości do sosu butterscotch (och, no i do masła oraz karmelu w ogóle! *_*). Nie będę się więc powtarzać. Pudding butterscotch - czyli rzecz podobna nieco do naszego rodzimego budyniu, deser wykonywany jest jednak tradycyjnie na skrobi kukurydzianej, a nie na mące pszennej. O pysznym smaku sosu butterscotch. Co więcej, zrobiłam mój pudding nie na mleku, zaś w większości na śmietance kremówce - dzięki czemu zyskał jeszcze cudowniejszego smaku ;). Świetny pomysł na szybki everyday dessert. Polecam!

Aha, jeszcze jedno: na zdjęciach mój pudding nie jest zbyt ciemny, ale to po prostu wina złego oświetlenia. Oryginalnie ma o wiele bardziej karmelową barwę ;).


Przepis autorski, powstały z połączenia wielu znalezionych w Internecie.

 

Składniki (4-6 porcji):

  • 100 g ciemnego brązowego cukru muscovado (lub jasnego demerara)
  • 30 g masła
  • 30 ml + 210 ml śmietanki kremówki 30 lub 36 %
  • 2 duże żółtka
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 3 płaskie łyżki skrobi ziemniaczanej
  • 240 ml mleka (pełnotłustego)

Sos butterscotch: masło stopić w rondelku z cukrem i 30 ml śmietanki, mieszając, do uzyskania gładkiej konsystencji bez wyczuwalnych grudek cukru. Następnie, bez mieszania, gotować miksturę przez ok. 3 minuty. Odstawić.

W misce zmiksować dokładnie żółtka z resztą śmietanki kremówki, dodać skrobię, zmiksować, aby nie było grudek.

W garnku umieścić mleko i wanilię, dodać sos butterscotch. Podgrzać i rozpuścić ewentualne grudki karmelu. Następnie wymieszać, zagotować i zminimalizować palnik. Później dodać żółtka ze śmietanką i skrobią i, nieustannie mieszając, gotować kilka minut, do zgęstnienia. Przelać do salaterek. Można podawać zarówno na ciepło, jak i po schłodzeniu (jednak wtedy należy pamiętać, aby przykryć pudding folią - zapobiegnie to utworzeniu się kożucha).

 

Smacznego!!! :)



wtorek, 22 stycznia 2013

 

Nie wiem naprawdę, skąd odgrzebałam to stare i słabej jakości zdjęcie - rzuciło mi się w oczy jakiś tydzień temu, kiedy tworzyłam na blogu, w kategorii "Dodatki do dań", podstronę zatytułowaną "Różne sosy i dipy". Jakkolwiek by nie było, kiedyś, na kolację, przyrządziłam sobie ten sos jako dodatek do kolacji, w ilości eksperymentalnej. Składniki bowiem brzmią dość egzotycznie: majonez, miód, curry, płatki migdałowe, rodzynki i banan... Dziwne, czyż nie? ;) Ale ja uwielbiam nietypowe połączenia, uwielbiam również smaki słodko-kwaśno-słone. Wiedziałam właściwie, że sos mi zasmakuje. O tak. Okazał się naprawdę przepyszny! Nietypowy i niezwykły w smaku, z pewnością nie dla każdego. Bazowałam na klasycznych składnikach sosu bombay curry, jednak proporcje dodałam według własnego uznania. Świetny dodatek do grillowanego mięsa, sera, kanapek, warzyw, pieczonych ziemniaków. Polecam gorąco!

 

Przepis powstały z połączenia wielu receptur na sos bombay curry, proporcje - własne.

 

Składniki:

  • 250 g majonezu (dobrego, np. Winiary, Hellmans; smaczny jest również majonez z Biedronki lub Lidla)
  • 3 łyżeczki płynnego miodu
  • 3 płaskie łyżeczki curry (przyprawy w proszku)
  • 3 łyżki płatków migdałowych
  • garść rodzynek
  • 1 banan
  • sól

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na pół godziny do napęcznienia. Banana pokroić w niezbyt grube plastry.

Majonez wymieszać dobrze z curry oraz miodem. Dodać płatki migdałowe, pokrojonego banana i odsączone rodzynki. Wymieszać, ew. dosolić do smaku. Sos podawać do grillowanych mięs, serów, kanapek, frytek itp.

 

Smacznego!!! :)

sobota, 19 stycznia 2013

 

Pamiętacie, jak zachwycałam się czekoladowym ciastem Nigelli? Ale również przy okazji, jak pisałam o moim ambiwalentnym stosunku do czekolady - a raczej do czekoladowych wypieków? Tak, tamto czekoladowe ciasto również szybko przestało smakować mi "aż tak". A dlaczego o tym piszę? Bo po skosztowaniu dziś opublikowanego wypieku tamto ciasto przestało się już dla mnie liczyć całkowicie. Mocno czekoladowe, wilgotne? Ok, było naprawdę dobre, temu nie przeczę. Ale temu dzisiejszemu nie dorasta nawet do pięt.

Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego wydawało mi się, że nie lubię brownie. Chociaż w sumie - może mam. Po prostu... nigdy prawdziwego, genialnego brownie po prostu nie jadłam! Bo ciastom serwowanym w znacznej większości kawiarni czy sieciówek, albo nawet tym w większości publikowanym na blogach, daleko jest do brownie idealnego! Przepis na to tutaj pochodzi ze Złotej Księgi Czekolady. A żeby ulepszyć je jeszcze bardziej, dodatkowo zredukowałam jeszcze ilość mąki. Efekt? Po prostu oniemiałam z zachwytu. Ciasto jest ciężkie, wilgotne - nie gliniaste, nie wiem, kto wymyślił tak idiotyczne określenie. Jest raczej maziste. Składa się praktycznie w większości z czekolady. Nie jest jednak jak lekka trufla - specjalnie wybrałam przepis, w którym nie ubija się białek. Oczywiście, nie ma tu ani szczypty proszku do pieczenia. Jedynie jajka, troszkę mąki, masło i... może czekolady. Zarówno rozpuszczonej - gorzkiej, jak i sporych kawałków mlecznej. Oraz oczywiście cukier - zdecydowanie nie polecam go redukować! Mniej słodkie brownie nie byłoby zwyczajnie aż takie pyszne.

Ciasto Nigelli było czekoladowe, ale może bardziej w sensie kakaowym - wystarczy zresztą spojrzeć na proporcje mąki do czekolady,  no i oczywiście - obecność środków spulchniających. Prawdziwe brownie musi zawierać znacznie więcej czekolady niż mąki. Wtedy to jest... czekolada, no po prostu CZEKOLADA!

A więc wreszcie, po tych wszystkich zachwytach, publikuję mój przepis na brownie idealne. Coś niesamowitego. Zróbcie koniecznie, nie pożałujecie!

A do tego zrobiłam przepyszny solony sos karmelowy... Omg, to dopiero była rozpusta. Coś niesamowitego!

*****************

Tymczasem dzisiaj właśnie... przygotowuję się do swojej studniówki! Tak, dziś ten wielki dzień. Za chwilę zabieram się za przygotowania... do swojego pierwszego prawdziwego balu. Nie, nie uważam, że studniówka jest przereklamowana. Precz z cynizmem i sileniem się na "oryginalność". Mam nadzieję, że noc ta będzie po prostu cudowna. Trzymajcie za mnie kciuki! :))

 

Przepis pochodzi ze Złotej Księgi Czekolady, ja jednak zmniejszyłam jeszcze nieco ilość mąki i minimalnie zwiększyłam ilość masła. Podaję po zmianach. Przepis na sos - autorski.

 

Składniki na brownie (na niewielką keksówkę):

  • 80 g masła
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 2 małe jajka
  • 140 g cukru
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu waniliowego
  • 45 g mąki
  • 100 g mlecznej czekolady

Gorzką czekoladę rozpuścić z masłem w kąpieli wodnej, przestudzić. Jajka ubić z cukrem na gładki, puszysty krem. Następnie dodać sól, przestudzoną masę czekoladową i wanilię. Zmiksować krótko, lecz dokładnie. Dodać mąkę, dokładnie wymieszać. Czekoladę mleczną grubo pokroić, wmieszać do masy.

Formę wyłożyć papierem do pieczenia i wylać do niej równomiernie masę (brownie nie ma być wysokie, nie obawiajmy się, że masy jest mało). Piec ok. 25 minut w 180 stopniach. Następnie wystudzić i włożyć do schłodzenia do lodówki (wtedy czekolada w środku nieco jeszcze stężeje). Kroić w kwadraty. Podawać polane solonym sosem karmelowym.

Solony sos karmelowy:

  • 100 g cukru
  • 1 łyżka masła
  • 90 g śmietanki kremówki
  • 1/4 łyżeczki soli

Cukier umieścić w rondelku z grubym dnem, skarmelizować. Wmieszać masło do rozpuszczenia. Następnie dodać śmietankę. Karmel może w tej chwili się skrystalizować - należy wtedy podgrzewać do jeszcze do rozpuszczenia kryształków. Dodać sól, gotowym sosem polewać brownie.

 

Smacznego!!! *__*

 

wtorek, 15 stycznia 2013

 

Dzisiaj podaję przepis na domowy rollo kebab. Mięso w pysznej marynacie gyros, sałata, pomidor, ogórek, pikle, trochę cebulki. Sos czosnkowy i ketchupowo-majonezowy (w wersji pikantnej: z musztardą). Wszystko zawinięte w placki tortilla. Oczywiście, dodatki możemy modyfikować wg własnego gustu, ja tym razem dałam tylko sałatę i sos czosnkowy, podałam zaś danie w towarzystwie słodko kwaśnej sałatki z poprzedniego wpisu. I również było pysznie! :) Gorąco polecam!!!

Przepis autorski.


Składniki (dla 3-4 osób):

Mięso gyros:

  • 600 g mięsa (do wyboru: najlepsze - dość tłuste, np. karkówka wieprzowa, najlepsze jednak: z wołowiny lub baraniny)
  • 1 torebka przyprawy do gyrosa
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 1 łyżka ketchupu
  • 6 łyżek oleju

Mięso oczyścić, osuszyć, pokroić w kostkę. W misce wymieszać wszystkie składniki marynaty. Umieścić w niej mięso, tak, aby dobrze pokryło się przyprawami. Zakryć folią i odstawić do lodówki na noc.

Następnego dnia mięso wraz z całą marynatą smażyć partiami na patelni (nie potrzeba już raczej do tego oleju - wystarczająco jest go w marynacie). Czas smażenia uzależniony jest od rodzaju mięsa - najkrótszy dla kurczaka, dłuższy dla karkówki itp. Mięso ma być miękkie, lecz nie wiórowate.

Sos czosnkowy:

  • 250 g jogurtu naturalnego
  • 1 łyżka majonezu
  • 3 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • sól

Jogurt wymieszać dobrze z majonezem. Dodać zmiażdżony czosnek, cukier, doprawić solą. Należy jednak uważać - sos nie może być zbyt słony, gdyż wystarczająco słone jest już mięso.

Sos majonezowo-ketchupowy (lub: z musztardą):

  • 3 łyżki ketchupu
  • 3 łyżki majonezu
  • wersja pikantna: 1 łyżeczka musztardy dijon

Majonez i ketchup (i, jeśli lubimy - musztardę) wymieszać w kubeczku na gładki sos.

Ponadto:

  • 3-4 duże placki tortilla
  • 1 pomidor
  • 1/2 ogórka
  • 1 cebula
  • ogórki kiszone
  • kilka liści sałaty (lodowej lub pekińskiej lub czerwonej kapusty)

Rozgrzać piekarnik - będziemy trzymać w nim czekające na swą kolej kebaby, aby nie wystygły (można też zrobić do w mikrofalówce). Podgrzać mięso.

Warzywa umyć. Cebulę pokroić w kółka, ogórka i pomidora w plastry, ogórki kiszone - w kostkę. Sałatę porwać.

Na suchej patelni przez kilkanaście sekund podgrzewać z obu stron tortille. Następnie kłaść na talerzu, nakładać porcję mięsa, każdego z warzyw i polewać sosami - tak, jak lubimy. Następnie zwijać tortillę - tak, aby się nie rozleciała. Gotowe kebaby umieścić na kilka minut w piekarniku lub kilka sekund w mikrofalówce. Podawać ciepłe.

 

Smacznego!!! :))

 

niedziela, 13 stycznia 2013

 

Dawno, oj dawno nie było na Ginger Breath sałatki. Bo właściwie to nie przyrządzam ich zbyt często. Dlatego dziś właśnie zrywam nieco ze schematem i jedną publikuję.

A połączenie to naprawdę niezwykłe, bo sałatka składa się z... podgotowanej i podsmażonej na szklisto marchewki, świeżej pomarańczy, cebuli oraz dressingu miodowego, do tego zaś nieco kolendry. Niecodzienna kombinacja, prawda? :). Przepis ten rzucił mi się w oczy podczas przeglądania dodatku do jednego z kulinarnych magazynów. I mogę całkowicie szczerze powiedzieć: sałatka wyszła po prostu pyszna! Słodko-kwaśno-słona, aromatyczna. Rewelacja. Ja podałam ją jako lekki dodatek do mięsnego obiadu, lecz równie dobrze może sprawdzić się jako lekka propozycja kolacyjna. Polecam gorąco!

Przepis pochodzi z dodatku do magazynu Kuchnia pt. Miodowe przysmaki. Ja jednak zmieniłam sporo proporcje, zamiast soku z pomarańczy dodałam sok z cytryny, dorzuciłam nieco sosu sojowego, a zamiast szalotek wkroiłam białe cebule. Podaję po modyfikacjach.

 

Składniki:

  • 2 duże marchewki
  • 1 pomarańcza
  • 1/2 cebuli
  • 1 łyżka świeżej kolendry
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżka miodu
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • sól
  • 2 łyżki oliwy

Marchewki oskrobać i pokroić na dość cienkie plastry. W garnku zagotować osoloną wodę. Wrzucić marchewki i podgotować przez ok. 5 minut. Pomarańczę obrać i pokroić na kawałki. Cebulę pokroić w plastry i podzielić na kółka. W naczyniu, w którym będziemy podawać sałatkę, rozłożyć równomiernie kawałki pomarańczy i cebulę.

Na patelni rozgrzać oliwę. Wrzucić podgotowane marchewki i podsmażać przez kilka minut, aż staną się szkliste. Następnie marchewki przełożyć do naczynia z sałatką. Całość posolić. Oliwy ze smażenia nie wylewać! Połączyć ją z sokiem z cytryny, miodem i sosem sojowym. Następnie dressingiem polać całą sałatkę. Posypać kolendrą.

 

Smacznego! :)

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

czwartek, 10 stycznia 2013

 

Omg. Pisałam już o fascynacji świata słodyczami, sernikami, tartami, lodami etc. - o przecudownym smaku "cookie dough". Czyli, jednym słowem - o delicjach z udziałem... surowego ciasta! *__* Ten sernik na zimno był wręcz wyborny. Dzisiaj więc, bez zbędnych wstępów - kolejna propozycja z cyklu "cookie dough", tym razem... mus o smaku surowego ciasta! Inspiracją dla mnie był przepis Cukrowej Wróżki z książki ze specjałami z surowego ciasta (czego to ludzie nie wymyślą o.O), jednak dość znacznie go zmodyfikowałam. Po pierwsze, nie widzę potrzeby ubijania żółtek na parze - nie chcemy uzyskać kremu a`la brulee albo anglaise, a raczej coś jak kogel-mogel - bez oszukiwania, ciasto ma być surowe i już! :D Poza tym - dałam dwa razy więcej mąki niż w oryginale, inaczej byłaby zbyt mało wyczuwalna. No i wreszcie - nie polecam dawać do środka aż takiej ilości siekanej czekolady. Dałam tylko kilka kostek, to nie ona ma w deserze dominować. Właściwie, może nawet polecałabym całkowicie ją pominąć.

A więc jest: kogel-mogel, bita śmietana, trochę mlecznej czekolady i oczywiście mąka! Zapraszam gorąco na przepyszny mus z surowego ciasta!

Inspiracja: przepis Cukrowej Wróżki (klik), ja jednak zmieniłam nieco sposób przyrządzenia, dałam dwa razy więcej mąki i dużo mniej czekolady, dzięki czemu mus wyszedł idealny - prawdziwie "cookie DOUGH". No i pominęłam czekoladowe ciasto, zupełnie wg mnie zbyteczne. Podaję po zmianach.

 

Składniki na bazę musu (na ok. 10 kieliszków):

  • 80 g cukru
  • 1 żółtko
  • 1/2 szklanki śmietanki kremówki 30 lub 36%

Cukier i żółtko zmiksować na puszysty kogel-mogel. Kremówkę ubić na sztywno, wstawić do lodówki.

Masa cookie dough:

  • 30 g miękkiego masła
  • 1 łyżka cukru waniliowego
  • 40 g cukru
  • 1/4 szklanki mąki
  • szczypta soli
  • kilka kostek posiekanej mlecznej czekolady (opcjonalnie)

Masło utrzeć z cukrami. Dodać masę żółtkową oraz mąkę i utrzeć na gładki krem. Następnie dodać ubitą kremówkę i delikatnie, lecz bardzo dokładnie wszystko wymieszać. Jeśli chcemy, można w tym momencie dodać także czekoladę.

Krem schłodzić w lodówce, a następnie napełniać nim małe kieliszki do wódki bądź do likieru.

 

Smacznego!!! *___*

 

wtorek, 08 stycznia 2013

 

Uwielbiam tarty i ciasta kruche - w wersji słodkiej, rzecz jasna, ale również, a może nawet bardziej, w wersji wytrawnej. Tak, wiem, pisałam już o tym nie raz. Te tartaletki przygotowałam dość dawno, bo na przyjęcie sylwestrowe. Od razu wiedziałam, że na nie się zdecyduję. Kruche, maślane ciasto (moje ulubione, bez jajka) i przepyszny farsz z trzech serów - ostro-słodkiego emmentalera, wyrazistego grana padano (zamiennie - pecorino lub parmezanu) i delikatnej mozzarelli. Do tego słodycz lekko skarmelizowanej cebuli i trochę szczypiorku... Mmm, naprawdę, pyszności! Nie lubię tradycyjnego quiche z jajkami - smakuje jak jajecznica na kruchym cieście. Ja do farszu dodałam po prostu gęstą śmietanę. I było idealnie! Do tego polecam lampkę czerwonego wina i jakąś lekką sałatkę na bazie rukoli, np. taką, z bekonem i mandarynką. Polecam gorąco!!!

Przepis autorski.

 

Składniki na kruche ciasto maślane (na 10 tartaletek, niezbyt dużych):

  • 400 g mąki
  • 200 g masła
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 4-6 łyżek zimnej wody

Mąkę i sól umieścić w misce, dodać pokrojone na kawałeczki masło. Następnie siekać nożem, a później krótko wyrabiać palcami, do utworzenia "kruszonki". Zagnieść gładką kulę ciasta, dodając tyle wody, ile będzie potrzeba. Schłodzić kilkanaście minut w lodówce.

Następnie ciasto podzielić na 10 części. Foremki do tartaletek wyłożyć papierem do pieczenia. Kolejno każdy kawałek ciasta rozwałkowywać i wylepiać nimi foremki. Następnie ponakłuwać je w kilku miejscach widelcem. Obciążyć fasolkami/ryżem etc. i podpiekać w 180 stopniach przez ok. 15 minut. Wyjąć, usunąć obciążenie.

Nadzienie:

  • 125 g tartego ser grana padano (lub parmezanu/pecorino)
  • 125 g tartego emmentalera
  • 50 g tartej mozzarelli
  • 1/2 szklanki śmietany 18 %
  • 1/2 szklanki mleka
  • 3 cebule
  • 3 łyżki oliwy
  • mały pęczek szczypiorku (opcjonalnie)
  • sól, pieprz
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii

W misce wymieszać starte sery. Mleko połączyć ze śmietaną, wymieszać z serami. Doprawić bazylią, solą i pieprzem. Jeśli lubimy, możemy dodać pokrojony drobno szczypiorek.

Cebule pokroić w plastry i podzielić na kółka. Zeszklić je na patelni na oliwie.

Przygotować podpieczone spody tartaletek. Do każdej nakładać po równo nadzienie serowe i układać na nim, lekko dociskając, kółka podsmażonej cebuli. Piec ok. 30 minut w 180 stopniach.

 

Smacznego!!! *_*

 

 
1 , 2