Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Odszukaj.com - przepisy kulinarne Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi
niedziela, 30 czerwca 2013

 

Szkoda, że cały świat ostatnio opiera się na przechodzeniu ze skrajności w skrajność, sprawiając, że jeśli nie jest źle, to jest jeszcze gorzej. Jak nie potwornie gorąco, to zimno, deszczowo i wietrznie. Jak nie wysysa z nas soków ciężką pracą i zmęczeniem, to zabija inercją i totalną nicością. Nie mam ochoty i energii na pisanie, znowu. Nie ma więc chyba sensu wymyślać więcej pustych słów. Przynajmniej danie, które prezentuję, jest wystarczająco ciekawe i świetne.

******************

Bo potrawa, którą dziś mam przyjemność prezentować, jest naprawdę przepyszna. Wszystko to, co po prostu kocham. Wytrawne tartaletki - z najlepszego, obłędnego, maślanego ciasta kruchego. Do tego obłędne nadzienie: słodko-słony, aromatyczny kurczak w miodzie i curry, domowy sos BBQ, podsmażone kółka cebuli, kremowe mascarpone i stopiona mozzarella. Jakkolwiek dla Was to brzmi - pysznie czy nie, zapewniam: smakowało naprawdę BOSKO. Przepyszne danie, bardzo w moim stylu. Bardzo gorąco polecam!!!

 

Przepis autorski.

 

Kruche ciasto maślane (4 średnie tartaletki):

  • 100 g mąki pszennej
  • 50 g masła, zimnego
  • 2 łyżki zimnej wody
  • szczypta soli

W misce umieścić mąkę, sól i pokrojone na kawałeczki masło. Całość siekać nożem, a następnie wyrabiać krótko palcami, aż do uformowania „kruszonki”. Następnie zagnieść gładką kulę ciasta, w razie potrzeby dolewając odrobinę zimnej wody. Ciasto podzielić na 4 części. Każdą po kolei rozwałkowywać i wylepiać wyłożone papierem do pieczenia lub natłuszczone foremki do tartaletek. Ponakłuwać widelcem i obciążyć fasolkami, grochem etc. Podpiekać w 180 stopniach przez ok. 6 minut z obciążeniem, a następnie ok. 5 bez obciążenia. Wyjąć z piekarnika.

Farsz do tartaletek:

  • 250 g filetów z piersi kurczaka
  • 2 łyżki oleju
  • 1 łyżka miodu
  • 1 łyżeczka garam masali (lub curry wymieszanego z imbirem, cynamonem itp.)
  • 3/4 łyżeczki słodkiej papryki
  • sól, pieprz
  • 1 mały ząbek czosnku
  • 2 płaskie łyżki mascarpone
  • 1 cebula
  • 1/2 szklanki sosu BBQ, kupnego lub domowego – z tego przepisu (klik)
  • 1/2 kulki mozzarelli
  • 2 łyżki tartego parmezanu

Cebulę pokroić w kółka i przesmażyć do zeszklenia na łyżce oleju, odłożyć do miseczki. Kurczaka umyć, osuszyć, pokroić w kostkę. Wymieszać w misce z resztą oleju, miodem, garam masalą, doprawić lekko solą i pieprzem. Mięso z całą marynatą przełożyć na patelnię i usmażyć przez kilka minut, do lekkiego zezłocenia. Następnie wymieszać z sosem barbecue.

W miseczce wymieszać mascarpone ze zmiażdżonym czosnkiem i papryką, doprawić leciutko solą i pieprzem. Na dnie podpieczonych spodów rozsmarować warstwę mascarpone, na to wyłożyć kurczaka z sosem barbecue. Na wierzchu ułożyć kółka cebuli. Posypać porwaną mozzarellą oraz parmezanem. Piec w 180 stopniach przez ok. 15-20 minut, aż ser się stopi, a całość będzie ciepła.



Smacznego!!! *__*

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

piątek, 28 czerwca 2013

 

Doprawdy nie wiem, czym usprawiedliwić mam ten idiotyczny tytuł notki. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to fakt, że dzisiaj po raz ostatni w życiu przekroczyłam progi swojej "ukochanej" szkoły... Aby odebrać świadectwo maturalne.

I powiem tylko... że jestem z siebie bardzo zadowolona! :D Moja praca nie poszła na marne. Teraz tylko czekać na wyniki rekrutacji... Ale mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli... A jak na razie - idę świętować! A Was zostawiam z trzema przepisami, które w sumie komponują się na pyszne, pełnowartościowe i zdrowie śniadanie lub kolację.

Razowe, pachnące bułeczki z orzechami włoskimi i słonecznikiem oraz moim ulubionym kminkiem. A do tego - dwie pyszne pasty jajeczne: jedna klasyczna, kremowa i delikatna, z ulubioną zieleniną; druga zaś - pomidorowa, z dodatkiem suszonych pomidorów. Pysznie! Polecam gorąco!

 

Bułki razowe z orzechami, słonecznikiem i kminkiem

Przepis bazowy Liski (klik), ja jednak od siebie dodałam kminek i orzechy, podaję zmianach.

 

Składniki (6 bułeczek):

  • 1 szklanka mąki pszennej 500 + do podsypania
  • 1 szklanka mąki razowej 2000
  • 3/4 szklanki wody
  • 10 g świeżych drożdży (nie z lodówki!)
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 garstki orzechów włoskich, posiekanych grubo
  • 1-1,5 łyżki kminku
  • 2-3 łyżki pestek słonecznika

Do 1/4 szklanki ciepłej wody dodać cukier i wkruszyć drożdże, zostawić rozczyn pod ściereczką w ciepłym miejscu na ok. 15-20 minut. Po tym czasie powinny one wyraźnie się spienić – jeśli tak się nie stanie, krok należy powtórzyć z nową porcją drożdży.

W misce wymieszać mąki, sól, cukier, orzechy i kminek. Dodać gotowy rozczyn, a następnie stopniowo dolewać wodę z olejem, zagniatając gładkie ciasto. Ciasto wyrabiać przez ok. 10 minut, aż będzie elastycznie, w razie potrzeby podsypując mąką. Uwaga: ciasto to należy do klejących, nie jest zbyt przyjemne w wyrabianiu, ale tak ma być, nie wolno na siłę dosypywać mąki, bo bułki nie wyjdą dobre.

Gotowe ciasto włożyć do miski, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 40 minut, aż podwoi objętość. Po tym czasie ciasto podzielić na 6 części. Z każdej uformować kulkę, obtoczyć w pestkach słonecznika i umieścić na wyłożonej papierem do pieczenia blasze. Uformowane bułki na blaszce ponownie przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do ponownego wyrośnięcia na pół godziny.

Piekarnik nagrzać do 230 stopni. Piec bułeczki ok. 15 minut, a następnie 3-5 minut z termoobiegiem, aż leciutko się zarumienią – te bułki należą jednak do tych bladych. Wyjąć z piekarnika, wystudzić (choć ja i tak zawsze jem jeszcze ciepłe).

 

Pasty jajeczne - przepisy autorskie.

 

Pasta jajeczna, kremowa i delikatna (średnia miseczka):

  • 3 jajka
  • 3-4 pełne łyżki majonezu
  • sól, pieprz
  • 1-2 łyżki posiekanej zieleniny (najlepiej pasuje szczypiorek, ja dodałam domową rzeżuchę, również sprawdziła się świetnie)

Jajka ugotować na twardo. Aby uzyskać perfekcyjnie ugotowane jajka, należy włożyć je do letniej wody tak, aby woda zakrywała jajka. Przykryć pokrywką, zagotować, następnie odkryć, posolić wodę i gotować od momentu zawrzenia 8 minut. Następnie jajka zalać zimną wodą, po 2 minutach obrać ze skorupek. Rozgnieść widelcem lub blenderem na małe kawałeczki. Następnie dodać majonez, wszystko dobrze wymieszać, doprawić pieprzem oraz solą (niezbyt mocno, pasta ma być delikatna). Jeśli trzeba, dodać nieco octu winnego lub oleju (zależy od użytego majonezu). Dodać zieleninę, wymieszać. Przechowywać w lodówce.

 

Pasta jajeczna pomidorowa z suszonymi pomidorami (średnia miseczka)

  • 3 jajka
  • 2 łyżki majonezu
  • 1-2 łyżeczki octu z białego wina
  • sól, bazylia
  • 1 łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1-2 łyżeczki cukru pudru
  • 6 suszonych pomidorów z oleju
  • 2 łyżki oleju spod suszonych pomidorów

Jajka ugotować na twardo. Aby uzyskać perfekcyjnie ugotowane jajka, należy włożyć je do letniej wody tak, aby woda zakrywała jajka. Przykryć pokrywką, zagotować, następnie odkryć, posolić wodę i gotować od momentu zawrzenia 8 minut. Następnie jajka zalać zimną wodą, po 2 minutach obrać ze skorupek. Rozgnieść widelcem lub blenderem na małe kawałeczki. Pomidory również zblendować (nie osączać ich), dodać do jajek. Dodać majonez, ocet, olej spod pomidorów, koncentrat, wszystko wymieszać. Doprawić cukrem, solą i bazylią. Przechowywać pastę w lodówce.



Smacznego!!! :)

 

czwartek, 27 czerwca 2013

 

Pracuję nad notką, spokojnie. Ale z powodu natłoku różnych spraw i myśli w ostatnich dniach nie dałam rady jeszcze jej skończyć. Jednak niebawem ona się ukaże.

A dziś zapraszam na przepyszny deser o francuskim rodowodzie. Mille-feuille - to delikatny przekładaniec złożony z warstw francuskiego ciasta i delikatnego kremu - w oryginale jest to klasyczny creme patissiere, czasem jednak zastępowany bywa lekkim musem czekoladowym, kremem mascarpone czy też bitą śmietaną. Ja postanowiłam przyrządzić go w wersji klasycznej. Dziwna sprawa była z tym wypiekiem - bowiem, jak już pewnie wspominałam, nie przepadam specjalnie ani za budyniem, ani za budyniowymi kremami. Ale któregoś dnia, po otrzymaniu przesyłki zawierającej zamówione wcześniej, ukochane Desery autorstwa P. Herme, naszła mnie straszna ochota na creme patissiere właśnie. Więc przyrządziłam go sobie na deser - i tak mile zaskoczył mnie jego smak, że już następnego dnia biegłam do sklepu po składniki na mille-feuille.

Warstwy delikatnego, bardzo maślanego, chrupiącego francuskiego ciasta, aksamitny, waniliowy creme patissiere i truskawki balsamico - to kolejne moje odkrycie: nigdy nie rozumiałam zachwytu nad tak podanymi truskawkami, dopóki sama nie spróbowałam. Są przepyszne! Wszystko posypane cukrem pudrem. Lekki, wykwintny i świetnie prezentujący się deser - koniecznie do wypróbowania w kończącym się już sezonie truskawkowym! Polecam gorąco!

 

Przepis na creme patissiere waniliowy autorstwa Pierre Herme (ja jednak zmieniłam nieco sposób przygotowania, posługując się klasycznym sposobem przygotowywania kremu, tj. ucierania żółtek z cukrem i skrobią), całkowita koncepcja deseru – pomysł własny.


Creme patissiere waniliowy, wg P. Herme:

  • 350 ml mleka, pełnego
  • 4 żółtka
  • 80 g drobnego cukru
  • ziarenka wydrążone z 1,5 laski wanilii (ewentualnie: łyżka ekstraktu waniliowego, jednak lepsza jest prawdziwa wanilia – gdyż czarne ziarenka w kremie dają dodatkowo apetyczny efekt wizualny)
  • 30 g maizeny (skrobi kukurydzianej) – to nie jest mąka kukurydziana! – lub skrobi ziemniaczanej
  • 35 g masła, w temperaturze pokojowej

Żółtka ukręcić z cukrem na gęsty, puszysty krem. Następnie dodać skrobię i wszystko razem ukręcić. W międzyczasie w rondlu zagotować mleko z wanilią. Gorące mleko powoli dodawać do masy żółtkowej, wciąż miksując. Następnie chwilę jeszcze ucierać, po czym masę przełożyć z powrotem do rondla i podgrzewać na niewielkim gazie, nieustannie mieszając, do zagotowania a następnie kilka minut, póki masa wyraźnie nie zgęstnieje. Wtedy wyłączyć palnik, a rondel przenieść do miski wypełnionej zimną wodą z lodem. Przestudzić, mieszając, a gdy krem osiągnie temperaturę 50 stopni, wmiksować do niego masło. Uwaga: jeśli na którymś etapie w kremie zrobiły się grudki, należy przetrzeć go przez sito. Gotowy krem wystudzić, nakryć przezroczystą folią, aby nie utworzył się „kożuch”, i wstawić do lodówki na kilka godzin do zgęstnienia.

Truskawki balsamico:

  • 100 g truskawek
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka cukru pudru

Truskawki umyć, usunąć szypułki i poprzekrawać na cztery części. Ocet balsamiczny wymieszać z cukrem pudrem i całość dodać do miseczki z truskawkami, dokładnie, lecz delikatnie mieszając, aby wszystkie owoce pokryły się mieszanką. Wstawić do lodówki.

Ponadto:

  • płat gotowego, surowego ciasta francuskiego, ok. 200-250 g
  • 2-3 łyżki cukru pudru

Ciasto francuskie podzielić w poprzek na 3 długie, wąskie płaty równej długości. Umieścić na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec w 200 stopniach ok. 15 minut, do zezłocenia. Uwaga: ciasto należy mocno ponakłuwać widelcem, aby nie wyrosło, a następnie co 4-5 minut otwierać piekarnik i powtórnie nakłuwać wybrzuszające się miejsca. Gotowe ciasto całkowicie wystudzić.

Na półmisku lub paterze umieścić pierwszy blat ciasta. Posypać go przez sitko cienką warstwą cukru pudru. Następnie dekoracyjną tutką wyciskać spore porcje creme patissiere, przetykając gdzieniegdzie truskawkami balsamico. Przykryć drugim płatem, powtórzyć operację. Uwaga: kremu należy wyciskać naprawdę sporo, ma on być wyczuwalny w cieście, nie należy go żałować ;). Następnie przykryć ostatnim płatem, posypać grubą warstwą cukru pudru i udekorować truskawkami. Wstawić do lodówki do schłodzenia.

Smacznego!!! *__*

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

 

wtorek, 25 czerwca 2013

 

Dzisiaj znów będzie krótko. Z tego samego powodu co wczoraj, po części. Ale głównie - z innego. Na razie jednak nie będę nic mówić, bo wiem, że skończyłoby się to wywodem na trzy tysiące wersów. Powiem tylko, że niedługo pojawi się zupełnie inna notka. Niezupełnie na temat kulinarny. Ale ważna - i obnażająca prawdy o rzeczach w blogosferze i nie tylko, o których jeszcze nikt głośno nie powiedział. Jednak na razie - dopiero nad nią pracuję.

************

A tymczasem publikuję zapowiadane wczoraj danie. Z udziałem upieczonych wcześniej, maślanych brioszek. Jednak nie będzie to, jak większość mogła się spodziewać, żaden słodki smakołyk, a... burgery! Tak, tak właśnie. Każdy choć trochę odróżniający smaki wie, że hamburgerowe bułki totalnie różnią się od zwykłych, białych kajzerek. Są ciężkie, słodkawe, mleczno-maślane. Są dwa pomysły na ten wypiek, które chciałam przetestować. Jeden - sławetne hamburger buns Marthy Stewart - ale je zrobię kiedy indziej.

Drugie zaś - to bułeczki hamburgerowe na bazie bardzo maślanego ciasta brioche. Skorzystałam z przepisu z Kwestii Smaku, robiąc je jednak w formie właśnie wypieków do burgerów stworzonych. I to był strzał w dziesiątkę! Posypałam je sezamem i upiekłam w specjalnych foremkach (szczegóły w przepisie). Sprawdziły się genialnie. Słodkawe, miękkie, lecz nie puszyste. Takie, jak bułki hamburgerowe być powinny.

A teraz parę słów o samym wnętrzu burgerów - bo również jest ono niecodzienne. Po pierwsze - mięso - a było to u mnie tzw. pulled pork - czyli tłuste mięso wieprzowe, pieczone bardzo długo w niskiej temperaturze, dzięki czemu dosłownie rozpływa się w ustach. Genialne! Oraz - domowy, pyszny sos barbecue. Nie mam jednak magicznego sosu worcestershire, postanowiłam więc swój BBQ przyrządzić na bazie soku ananasowego. Wyszedł przepyszny! Choć będę wymyślać jeszcze inne przepisy na ten sos, za którym wprost przepadam. Do tego - listki rukoli, żółty ser i domowy sos czosnkowy. Burger był naprawdę przepyszny. Bogaty, sycący. Idealny! Polecam gorąco!

 

Pulled pork – pomysł powszechnie znany inspiracja z CinCina (klik), kwestie marynaty, doprawienia i cała reszta – autorskie. Sos BBQ - autorski. Koncepcja burgera – autorska.

 

Składniki (1 porcja)

 


Domowy sos BBQ (barbecue) ananasowy (średni słoik):

  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka oleju
  • 2-2,5 cm kawałek imbiru
  • 50 g koncentratu pomidorowego
  • 1/2 szklanki wody
  • ok. 100 ml ciemnego sosu sojowego
  • pieprz, słodka papryka w proszku, gałka muszkatołowa (po szczypcie)
  • 1 pełna łyżka miodu, ciemnego (np. gryczany lub spadziowy)
  • 5 pełnych łyżek cukru (około)
  • 70 ml soku ananasowego + 5 łyżek
  • 3-5 łyżek octu balsamicznego
  • 3/4 łyżeczki skrobi ziemniaczanej

W rondlu rozgrzać olej, dodać posiekaną cebulę i smażyć do zeszklenia. Następnie dodać zmiażdżony czosnek oraz posiekany drobniutko imbir, smażyć 1-2 minuty. W szklance wymieszać sos sojowy, wodę i koncentrat pomidorowy, dodać do rondla. Wszystko wymieszać, zagotować i zmniejszyć ogień. Doprawić pieprzem, słodką papryką i gałką. Dodać 70 ml soku ananasowego, miód i 3 łyżki octu balsamicznego. Z 5 łyżek cukru zrobić ciemny karmel, a następnie dodać do sosu – uwaga, będzie pryskać! Wszystko dobrze wymieszać, gotować na najmniejszym ogniu do zgęstnienia. W razie potrzeby doprawić octem balsamicznym i cukrem. Skrobię rozmieszać w reszcie soku ananasowego, dodać do sosu i mieszając gotować chwilę aż całość będzie gęsta. Gorący sos wlać do słoika.

Można również przygotować więcej sosu i go zapasteryzować.

Pulled pork:

  • 200 g mięsa wieprzowego z karkówki lub łopatki (musi być tłuste)
  • sól, pieprz
  • 1/2 szklanki coca coli
  • 2 łyżki dobrego ketchupu
  • 4 łyżki domowego sosu BBQ  - z przepisu powyżej (lub ewentualnie kupnego)
  • 1 łyżka cukru

Mięso naciąć z wierzchu w kratkę, umieścić w małym naczyniu żaroodpornym. Doprawić lekko solą i pieprzem. Zalać colą. W szklance wymieszać ketchup, sos BBQ i cukier, dodać do mięsa. Wszystko wymieszać. Piekarnik nagrzać do 180 stopni. Mięso przykryć folią aluminiową, wsadzić do piekarnika i od razu zmniejszyć temperaturę do 150 stopni. Piec ok. 5 godzin, w trakcie ze 2-3 razy przewracając mięso – do czasu, aż mięso będzie bardzo, bardzo miękkie. Następnie wyjąć z pieca, odstawić na 10 minut, aby odtajało. Po tym czasie za pomocą dwóch widelców rozdzielić mięso na drobne włókna – mięso musi być na tyle miękkie, aby można było zrobić to z łatwością. Trzymać w cieple.

Bułka hamburgerowa brioche:

Przygotować ciasto brioche dokładnie tak, jak podawałam w tym przepisie – klik. Po pierwszym wyrastaniu jednak oderwać z ciasta większy kawałek (wielkości mniej więcej dwóch małych bułeczek). Uformować go w hamburgerową bułkę. Uwaga: ciasto brioche, ze względu na dużą zawartość masła, piekąc się, wylewa się na boki. Dlatego też, aby otrzymać okrągłą, puszystą bułkę hamburgerową, należy ciasto włożyć do jakiejś małej, okrągłej foremki, wielkości pożądanej bułki, np. formy  do angielskiego muffina. Zostawić do ponownego wyrastania na 40 minut. Następnie wierzch bułki posmarować jajkiem, obsypać sezamem i piec ok. 25 minut w 180 stopniach, do leciutkiego zezłocenia.

Burger:

  • porcja pulled pork, z przepisu powyżej
  • garść rukoli, umytej i osuszonej
  • 2 łyżki domowego sosu BBQ, z przepisu powyżej, lub ew. kupnego
  • 1 plaster sera żółtego
  • 1/2 niewielkiej cebuli + 1 łyżka oleju
  • 2 plastry pomidora
  • 2 łyżki majonezowego sosu czosnkowego, z tego przepisu (klik)
  • 1 bułka hamburgerowa, brioche – z przepisu powyżej

Cebulę pokroić w kółka, przesmażyć na oleju. Pulled pork wymieszać z dodatkowym sosem BBQ.

Bułkę podgrzać w piekarniku – lecz nie za bardzo, nie może stać się chrupiąca. Przekroić na pół. Plaster sera podgrzać krótko, aby lekko się stopił. Na dolnej połowie bułki rozłożyć rukolę, na to wyłożyć sporą porcję pulled pork. Następnie przykryć plastrem sera, dodać pomidory i cebulkę. Górną połowę bułki posmarować od środka sosem czosnkowym, przykryć nią burgera. Można dodatkowo lekko podgrzać w piekarniku. Podawać z resztą pulled pork i rukolą.

 

Smacznego! *_*

 

poniedziałek, 24 czerwca 2013

 

Dziś szybko, bo chyba dosyć mam już pisania długich wstępów i notek, których i tak prawie nikt nie przeczyta... :(. Choć wiem, bo znam siebie, że nigdy tak łatwo się nie poddaję. Ale potrzebuję chwili odpoczynku.

Od razu więc przechodzę do sedna. Po raz n-ty już mówiąc o tym, jak ja wręcz UBÓSTWIAM prawdziwe masło, publikuję przepis na brioszki – czyli bardzo maślane, drożdżowe bułeczki. To jest mój drugi bazowy przepis na ten francuski wypiek – i ten uznaję za lepszy od poprzedniego. Chociaż właściwie… pamiętam, co nie pasowało mi w brioszkach poprzednim razem – to, że mimo, iż bardzo maślane, są one raczej suche i mało wilgotne. Ale taki chyba jest już ich urok, bo te wyszły podobne, choć, jak mówiłam, lepsze. Same w sobie – nie smakują mi aż tak, jak się spodziewałam. Zdecydowanie wolę puszystą, mięciutką, mleczną chałkę posmarowaną dużą ilością masła.

Ale ciasto brioche za to widzę jako idealną bazę do różnej maści wypieków i dań. Muszę zrobić jakieś drożdżówki oparte o tę recepturę. Lecz póki co… jutro zaprezentuję przepis z tymi oto brioszkami w roli głównej! Będzie to jednak mocne zaskoczenie :D Jednak dziś niczego nie zdradzę! Zapraszam – i polecam :).

P.S. Plus dodatkowo - wciąż zapraszam do czytania zwłaszcza moich dwóch poprzednich postów... Byłoby mi naprawdę miło...

 

Przepis z Kwestii Smaku (klik), ja jednak zrobiłam je w wersji neutralnej, redukując ilość cukru. Podaję po lekkich zmianach.

 

Składniki (ok. 14 bułeczek):

  • 370 g mąki pszennej
  • 2 łyżki cukru + 1/2 łyżeczki
  • 50 g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka soli
  • 100 ml ciepłego mleka
  • 3 jajka + żółtko
  • 170 g masła, bardzo miękkiego, pokrojonego w kawałki

Z drożdży sporządzić rozczyn: wkruszyć je do ciepłego mleka, dodać łyżeczkę mąki oraz 1/2 łyżeczki cukru. Zostawić pod przykryciem ze ściereczki w ciepłym miejscu na 15 minut. Po tym czasie drożdże powinny silnie się spienić – jeśli tak się nie stało, należy krok powtórzyć z nową porcją produktów.

W misce wymieszać mąkę, cukier i sól. Dodać pracujący rozczyn, wymieszać. Wbijać po kolei jajka, zagniatając gładkie ciasto – ręcznie lub hakiem miksera do ciasta drożdżowego. Zagniatać ciasto przez ok. 10 minut. Uwaga – ciasto jest bardzo klejące i miękkie, jednak absolutnie nie wolno podsypać mąką! Wtedy brioszki nie wyjdą takie, jak powinny. Następnie porcjami dodawać miękkie masło, wciąż zagniatając – to trwać powinno kolejne 5 minut. W efekcie powinniśmy otrzymać elastyczną, choć bardzo miękką i tłustą kulę ciasta. Włożyć ją do miski, zakryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na 1-2 godziny do podwojenia objętości. Następnie uderzyć pięścią w ciasto, przykryć folą i schłodzić przez noc w lodówce.

Po tym czasie ciasto podzielić na 14 części. Uformować z nich bułeczki i wsadzić do formy na muffiny lub też po prostu rozłożyć na blaszce – uwaga, jeśli tak zrobimy, bułeczki nie wyrosną zbyt mocno – ze względu na dużą ilość masła. Zostawić na kolejne 30-40 minut do podrośnięcia.

Brioszki wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Piec 20-25 minut, aż do lekkiego zezłocenia. Najlepsze na ciepło – ja dodatkowo smaruję je kolejną porcją masła. Masła – NIGDY zbyt wiele!

 

Smacznego! :)

 

niedziela, 23 czerwca 2013

 

To niesłychanie, że mija  już czwarty Dzień Ojca bez Ciebie. Nawet nie chodzi o banał, że lata te przeminęły jak jeden dzień. Ale o to, że ja ich w większości po prostu nie pamiętam. Chodzę po omacku w ciągu mijających obok dni, a w moim umyśle z niesłabnącą siłą wciąż rozgrywa się bitwa o zachowanie pamięci – o to, żeby te najstraszniejsze wspomnienia odeszły wreszcie w nicość, zwalniając miejsce dla tych najpiękniejszych, których jest przecież dużo, dużo więcej. Ale to nie jest takie proste.

Wczoraj były moje dziewiętnaste urodziny,. Wszyscy zawsze mówili: „urodziłaś się zaledwie niecałą godzinę przed Dniem Ojca, jak najpiękniejszy prezent dla swojego Taty”. Ale wiem, że prezent w postaci osoby o moich personaliach nie jest wystarczający.

Od dawna wiem, że jestem do Ciebie podobna, jak niektórzy często mówili „wykapany Tatuś”. Podobne mieliśmy charaktery, po Tobie chyba odziedziczyłam pasję i dryg do psychologii. I w pewnym stopniu też – miłość do jedzenia. Nie tylko w sensie biologicznym, oczywiście. Jedzenia – jako sztuki łączenia smaków, celebracji chwil spędzonych wspólnie przy stole.

Pamiętam, jak zawsze w restauracjach zamawiałeś egzotycznie dla dziecka wówczas brzmiące potrawy: zupę z raków, jagnięcinę, wołowinę w ekstrawaganckich sosach. Jak zachwycałeś się wykwintnymi potrawami Mamy – która zawsze lubiła wymyślać różne rzeczy dla Ciebie. Pamiętam, jak dziwiłeś się i zachwycałeś faktem, że Twoja kilkuletnia córka (tak, to ja…) od pulpecików i pomidorówki o stokroć woli śmierdzące, pleśniowe sery, hiszpańską chorizo, szpinak i carpaccio. Pamiętam każde wspólne wakacje, zawsze w ciekawych miejscach, połączone ze zwiedzaniem wyznaczonych przez Ciebie tras, poznawaniem lokalnej kultury i wspólnym spędzaniem czasu. To dlatego do dziś uwielbiam intensywne zwiedzanie, podczas gdy większość znajomych woli znacznie leżenie na plaży albo nieustające, wakacyjne imprezy.

Dzieciństwo to było dla mnie czekanie na Ciebie. Aż wrócić ze zjazdu, ze zgrupowania swojego stowarzyszenia, z pracy – której tak byłeś oddany. Ale wtedy, w soboty, siadaliśmy wieczorem wspólnie w pokoju, słuchaliśmy dobrej muzyki i rozmawialiśmy. Pamiętam, jak będąc dziewczynką wąchałam często kupowane przez Ciebie, dobre wino, a ty pytałeś, jakie wyczuwam w nim nuty smakowe.

Nigdy nie spróbowałeś żadnej zrobionej przeze mnie potrawy. Nigdy nic dla Ciebie nie mogłam ugotować. Ale to tylko dlatego – że kiedy jeszcze BYŁEŚ, nie odkryłam w ogóle swojej kulinarnej pasji. Kiedyś, lata temu, gdy zostałyśmy same w domu z siostrą, wpadłam na szalony pomysł przygotowania na Twój i Mamy przyjazd pieczonych placuszków z książki kucharskiej Kubusia Puchatka. Wyszły totalnie niezjadliwe, przesolone do granic możliwości. Ale Ty mimo tego byłeś nimi zachwycony, bo zrobiło je Twoje dziecko.

Już sobie wyobrażam, jak zachwycałbyś się daniami, które przygotowuje teraz. Jak byłbyś ze mnie dumny. Ale wiem, że przecież nigdy nie spróbujesz żadnej przygotowanej przeze mnie potrawy. Że nigdy nie upiekę Ci urodzinowego tortu. Zamiast tego idę powoli słoneczną, leśną dróżką, postawić na cmentarzu wazon pełen świeżych, wiosennych, jasnych kwiatów.

A wiem, że to danie smakowałoby Ci bardzo. Połączenie delikatnego mięsa z polędwiczki wieprzowej, zwiniętego w zgrabne roladki wypełnione namoczonymi w mleku wiórkami kokosowymi i świeżymi czereśniami, i kremowego, śmietankowo-czereśniowego sosu z octem balsamicznym. Młode ziemniaki, orzechowo-majonezowa surówka z selera. Wiem, że byłbyś ze mnie dumny. A zwłaszcza z tego, że danie ów wymyśliłam przecież sama. Rzecz, na którą większość ludzi nie zwraca uwagi, zachwycając się tylko powielającymi się, kiedyś – oryginalnymi, a teraz oklepanymi do cna przepisami. Może w jakiś magiczny sposób poczujesz smak mojej potrawy, przyjmując ją jako iluzoryczny, niematerialny prezent na Dzień Ojca. Wszystkiego najlepszego, Tato.

 

Przepis autorski.

 

Składniki (3 porcje)

Roladki z polędwiczek wieprzowych z czereśniami i kokosem w kremowym sosie balsamiczno-czereśniowym:

  • 1 polędwiczka wieprzowa (ok. 400 g)
  • 40 g wiórków kokosowych
  • 1/4 szklanki mleka
  • 5 łyżek wody
  • 2 łyżki oleju
  • 300 g czereśni
  • sól, pieprz
  • 3 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżka cukru
  • 1/3 szklanki śmietanki kremówki 30 % lub mleka kokosowego
  • 1 płaska łyżeczka skrobi, rozpuszczona w 1/4 szklance wody

Wiórki namoczyć w 1/4 szklanki mleka, zostawić do napęcznienia. Czereśnie umyć, usunąć pestki. 1/3 pokroić w kawałki.

Polędwiczki umyć, osuszyć i oczyścić z błonek. Następnie pokroić w poprzek na kawałki ok. 3 cm (wyszło mi 12 kawałków) i rozbić je tłuczkiem na cienkie, podłużne pasy. Natrzeć solą i pieprzem. Następnie na każdym kawałku rozsmarowywać masę kokosową i z jednej strony układać po kilka kawałków czereśni (tych pokrojonych). Zwijać małe roladki i spinać je wykałaczką.

Na patelni rozgrzewać olej i partiami obsmażać roladki z kilku stron, po 3 minuty z każdej strony. Następnie zdjąć je z patelni. Jeśli roladki będą jeszcze surowe w środku, przełożyć je do naczynia żaroodpornego i wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni, najlepiej z termoobiegiem, i piec jeszcze kilka minut.

W międzyczasie przygotować sos. Do rondla wrzucić resztę czereśni, dodać cukier oraz wodę. Gotować na niewielkim ogniu ok. 10 minut, aż owoce zmiękną. Dodać ocet balsamiczny i śmietankę lub mleczko kokosowe, wymieszać i gotować chwilę do zgęstnienia. Doprawić lekko solą. Dodać skrobię rozprowadzoną w wodzie i gotować chwilę, aż sos będzie gęsty. Roladki podawać pokrojone z czereśniowo-śmietankowym sosem.

 

Surówka z selera z orzechami włoskimi:

  • ok. 350 g selera, waga po obraniu
  • 2 płaskie łyżki majonezu
  • sól, pieprz, cukier
  • garść orzechów włoskich, grubo posiekanych

Umytego i obranego selera zetrzeć w paski na tarce o dużych oczkach. Następnie umieścić w misce, wymieszać z majonezem, doprawić do smaku pieprzem, cukrem i lekko solą. Wmieszać orzechy. Wstawić do lodówki na 30 minut do przegryzienia.

 

P.S. Wciąż gorąco zachęcam do oglądania przepisu na mój Tort Urodzinowy - Bakaliowy Klejnot Orientu. Mmmm, niebo w gębie! KLIK

 

Smacznego!!! *_*



 

Ten wpis bierze udział w akcji:

sobota, 22 czerwca 2013

 

Dzisiaj kończę 19 lat. Ostatni „nasty” rok życia. Ostatni rok w rodzinnym domu. Rok temu o tej porze stawałam się dorosła. Ale co z tego – nadal chodziłam do liceum, mieszkałam tam, gdzie zawsze. Tak naprawdę dopiero teraz wszystko się ma zmienić.

Studia nowe miejsce zamieszkania rozporządzanie budżetem nowe miasto nowe przyzwyczajenia. A gdzieś pośrodku tego wszystkiego – ja.

Nie będę silić się na pompatyczne podsumowania i wynurzenia albo ochy i achy, jak wiele ten dzień dla mnie znaczy. Nie będę też, z drugiej strony, na siłę udawać „taką to zbuntowaną”, która neguje wszelkie takie „wydarzenia”.

Powiem za to, że są rzeczy, które mnie miło zaskoczyły. I te, które sprawiły mi przykrość. Choć może mogłam się ich spodziewać. Ale za to – Mama zrobiła mi na obiad przepyszne wręcz danie – wołowinę po francusku… Nie będę zdradzać przepisu ani składu. Było jednak po prostu wyborne. Bo moja Mama gotuje jak mistrz. Dziękuję!

***********

No a teraz najważniejsze - TORT. Bo tym razem NAPRAWDĘ przeszłam samą siebie.

Panie i Panowie, mam zaszczyt przedstawić swój cudowny, wyborny Tort Bakaliowy Klejnot Orientu!

Tak właśnie postanowiłam go nazwać. Bo bakalii ma co nie miara. I to nie jakiejś tam cytrynowej skórki – a prawdziwych, arabskich, wschodnich cudów – daktyli, fig, orzechów.

Jak zwykle, bardzo długo myślałam nad tym, jak mój Tort ma wyglądać – myślałam, myślałam… Aż wreszcie… zapaliła mi się lampka! I jak zawsze – połączyłam ukochane swe smaki w jedną cudną, słodką i kremową całość.

Dwie tylko składowe robiłam „z przepisu” czekoladowo-karmelową polewę – autorstwa mistrza Herme – bo niedawno zaopatrzyłam się w biblię, czyli jego „Desery”. Bo kocham karmel nad życie, i wszystko, co „sweet and sticky”. Wiedziałam, że wyjdzie wyborna – i nie myliłam się. Oraz – krem maślano-chałwowy z mleczkiem skondensowanym – zaczerpnięty z cincina (klik).

Ale tak, poza tym – wszystko, wszyściutko wymyśliłam SAMA. Makowe blaty biszkoptowe, figowo-rumową pastę, bakalie: suszone figi, daktyle i rodzynki w rumie, prażone orzechy włoskie i laskowe, orzechy nerkowca. Migdałowo-laskowy, karmelowy krokant. I rumowy poncz. Spędziłam w kuchni bite cztery godziny – ale było warto. A więc już, już prezentuję przepis. Bardzo, bardzo, bardzo GORĄCO POLECAM!

 

Przepis autorski.

 

Tort Bakaliowy Klejnot Orientu

Biszkopt makowy (tortownica 18 cm):

  • 4 jajka (rozmiar M)
  • 100 g suchego maku (nie trzeba go mielić)
  • 40 g mąki pszennej
  • szczypta soli
  • 140 g cukru
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia

Białka oddzielić dokładnie od żółtek. Żółtka przełożyć do miseczki i odstawić, białka zaś ubić ze szczyptą soli na sztywno, pod koniec ubijania dodając cukier, i miksować do uzyskania sztywnej, lśniącej piany. Następnie dodać żółtka i krótko, lecz dokładnie wszystko zmiksować.

Do innej miski wsypać mak, mąkę oraz szczyptę proszku do pieczenia. Wymieszać. Następnie składniki suche dodawać w trzech partiach do ubitych jajek, dokładnie, lecz delikatnie mieszając wszystko drewnianą szpatułką (ew. mikserem na najniższych obrotach). Chodzi o to, żeby jak najmniej naruszyć delikatną strukturę piany, lecz jednocześnie wszystko dokładnie ze sobą połączyć.

Masę podzielić na równe trzy części. Kolejno (lub jednocześnie – gdy mamy takie same tortownice) przelewać 1/3 masy do wyłożonej papierem do pieczenia tortownicy (boków tortownicy nie wykładamy ani niczym nie smarujemy – wtedy biszkopt opadłby). Piec ok. 15-20 minut w 190 stopniach. Lekko przestudzić, a następnie usunąć obręcz tortownicy. Zostawić do całkowitego przestudzenia i usunąć delikatnie papier do pieczenia.

Można również piec blaty w dwóch partiach – najpierw 1/3, potem zaś resztę masy – i ten drugi biszkopt przekroić na równe dwie części (wtedy należy ten większy biszkopt piec ok. 30-35 minut). Nie radziłabym piec jednego dużego biszkoptu, przy wypiekach z orzechami/wiórkami/makiem zamiast mąki istnieje ryzyko opadnięcia. W każdym bądź razie, mają nam wyjść trzy równe makowe blaty. Jeśli trzeba, wyrównać je nożem.

Uwaga: przy składaniu tortu najcieńszy blat powinien znajdować się w środku, zaś na samej górze – blat najładniejszy, tak, aby jak najrówniejsza część znalazła się na samej górze.

Pasta figowa:

  • 50 g suszonych fig
  • 50 ml wody
  • 2 łyżki rumu
  • 2 łyżki wody

Figi pokroić, umieścić w garnuszku z 50 ml wody i zostawić na 30 minut, aby bakalie zmiękły. Następnie całość zagotować i gotować na najmniejszym ogniu ok. 5 minut, aż płyn się zredukuje, a figi będą się lekko rozpadać. Zgnieść całość blenderem na gładką masę. Dodać resztę wody i rum, dobrze wymieszać. Odstawić do całkowitego wystudzenia.

Bakalie:

  • 20-30 g rodzynek (sułtanek lub mieszanki)
  • 3 duże figi suszone
  • 4 daktyle suszone, wydrylowane
  • 50 ml wody
  • 2 łyżki rumu
  • 60 g (w sumie) orzechów – nerkowców, włoskich i laskowych

Figi poprzekrawać na 4-6 kawałków, daktyle przepołowić. Razem z rodzynkami umieścić w miseczce. Zalać wodą wymieszaną z rumem i odstawić na kilka godzin w chłodne miejsce, aby bakalie zmiękły. Następnie odcedzić  - lecz mikstury z moczenia absolutnie nie wylewać! Zachować ją.

Nerkowce, orzechy włoskie i laskowe poprzekrawać na połówki, włoskie i laskowe uprażyć na suchej patelni i wystudzić – nerkowców nie prażymy.

Poncz:

  • cała mikstura pozostała z moczenia bakalii
  • ok. 1/3 szklanki wody
  • 3 łyżki rumu

Do szklanki wlać miksturę pozostałą z moczenia daktyli, fig i rodzynek i dodać wody tyle, aby płynu w sumie wyszło pół szklanki. Dodać rum, wymieszać.

Krem maślany – chałwowy, z mleczkiem skondensowanym:

  • 1 duże żółtko
  • 100 g mleczka skondensowanego słodzonego
  • 170 g masła, w temperaturze pokojowej (miękkiego)
  • 200 g waniliowej chałwy

Wszystkie składniki muszą być w temperaturze pokojowej.

W misce ubić żółtko z mleczkiem skondensowanym aż do uzyskania puszystej, jasnej masy (będzie raczej rzadka, nie należy się tym przejmować). Masło utrzeć w innym naczyniu na puch. Następnie powoli, po łyżce, dodawać do masła masę żółtkowo-mleczną, powoli ucierając mikserem. Będzie to trwało długo, tak jednak być musi, należy być ostrożnym, aby masa się nie zwarzyła.

Chałwę rozgnieść blenderem, a następnie po łyżce dodawać do kremu, miksując. Gotowy krem włożyć do lodówki do lekkiego stężenia.

Krokant migdałowo-laskowy:

  • 25 g migdałów, blanszowanych
  • 25 g orzechów laskowych
  • 50 g cukru

Z cukru na suchej patelni zrobić karmel, absolutnie nie mieszając. Orzechy posiekać. Następnie dodać je do gotowego karmelu i energicznie wymieszać, potrząsając patelnią, tak, aby całe oblepiły się karmelem. Następnie szybko wylać je warstwą na papier do pieczenia i zostawić do zastygnięcia. Pracując z karmelem, należy zawsze działać szybko i sprawnie – bo zastyga błyskawicznie i jest bardzo gorący. Gdy orzechy w karmelu całkiem ostygną, włożyć masę do lodówki do schłodzenia. Następnie wyjąć i całość drobno posiekać (ale nie mielić na pył!) do uzyskania orzechowo-migdałowego krokantu.

Składanie tortu – część I:

Na dużym talerzu umieścić pierwszy blat makowy. Nasączyć go 1/3 ponczu i pokryć równomiernie cienką warstwą masy figowej. Następnie nałożyć 1/4 kremu chałwowego. Na to wyłożyć równomiernie połowę odcedzonych z rumu fig, daktyli i rodzynek. Przykryć kolejną 1/4 kremu, na to wysypać połowę prażonych orzechów, leciutko dociskając – ale bardzo leciutko! Krem nie może wychodzić na boki tortu. Następnie przykryć drugim blatem. Ponownie nasączyć, posmarować cienką warstwą masy figowej, nałożyć krem, bakalie, całą resztę kremu, orzechy – identycznie jak poprzednio. Na to nałożyć ostatni blat. Nasączyć resztą ponczu i wyłożyć bardzo równo resztę masy figowej (więcej niż w poprzednich przypadkach). Wstawić do lodówki do stężenia.

Polewa czekoladowo-karmelowa (autorstwa P. Herme, zmieniłam jednak nieco sposób przygotowania):

  • 60 g gorzkiej czekolady (deserowej, ok. 60% kakao)
  • 43 g mlecznej czekolady
  • 43 g cukru
  • 8 g masła (w oryginale: solonego, jednak nie pasowało do mojego tortu, więc ja zrobiłam wersję ze zwykłym)
  • 50 ml śmietanki kremówki 30 %

Uwaga: polewę należy przygotować jako ostatnią, gdy już będziemy mieć tort prawie gotowy, w innym wypadku zastygnie.

Czekolady posiekać, roztopić w kąpieli wodnej i wystudzić. Na suchej patelni zrobić z cukru bursztynowy karmel. Następnie dodać masło i śmietankę. Uwaga: reakcja będzie wybuchowa, karmel zbryli się w grudki, jednak tak musi być – absolutnie nie wolno mieszać sosu łyżką! Należy po  prostu potrząsać patelnią na ogniu do czasu, aż karmel znów się rozpuści i utworzy się gładki, karmelowy sos. Następnie dodać go do roztopionej czekolady i wymieszać wszystko łyżką do uzyskania gładkiej polewy.

Ponadto:

  • 2 całe połówki orzechów włoskich, podprażonych od spodu
  • 3 całe migdały, zblanszowane i podprażone
  • kilka orzechów nerkowca, całych
  • po 2-3 suszone figi i daktyle, poprzekrawane na połówki
  • 1 łyżka ładnych rodzynek, namoczonych wcześniej w rumie

Tort wyjąć z lodówki. Pokryć go równomiernie czekoladowo-karmelową polewą – od środka i na bokach, ładnie wyrównując i uważając, aby polewa nie wymieszała się z figową masą. Na boki tortu poprzyklejać cały migdałowo-laskowy krokant. Wierzch ozdobić bakaliami. Tort wstawić do lodówki, aby polewa stężała. Przed jedzeniem należy go wyjąć z lodówki na 15-30 minut wcześniej (zależy od temperatury powietrza), aby lekko odtajał.



Smacznego!!! *___________*

 

piątek, 21 czerwca 2013

 

To była jedna z moich ulubionych lalek. Mały, złotowłosy chłopczyk, idealny do lulania i dziewczyńskiej zabawy w dom. W takie typowe rzeczy bawiłyśmy się też czasami we trzy, z siostrą i kuzynką – choć znacznie częściej wybierałyśmy te bardziej wyrafinowane, np. w wypożyczalnię strojów karnawałowych (?) czy też telenowele z udziałem lalek Barbie. Ale tego dnia bawiłyśmy się właśnie lalkami-bobasami. Wieczorem, jak zwykle, mój złotowłosy chłopczyk wylądował na swoje miejsce, do czerwonego zabawkowego wózka. A na dworze tej nocy zerwała się ogromna, naprawdę ogromna burza. Taka, która odłącza dostawy prądu i trzęsie szybami. Ja i kuzynka, od dziecka nieustraszone wojowniczki, jak zwykle bardziej fascynowałyśmy się tym pogodowym zjawiskiem niż bałyśmy. Ale przejdźmy do sedna.

Następnego dnia rano, czy to ot tak sobie, czy też w celu ponownej zabawy, wyciągnęłam z wózeczka moją ulubioną lalkę. I kiedy właśnie miałam przebrać ją w jakiś gustowny kubraczek, zobaczyłam, że na plecach lalki tkwi duży i czerwony, wyżłobiony w skórze księżyc. Siostra i kuzynka oczywiście zarzekały się, że to nie one wykonały lalce ów dziwny tatuaż – zresztą, to nie mogło być dziełem rąk ludzkich, czerwony znak był idealnie gładki, jakby zrobiony maszyną – albo palnikiem podobnym do tych, którymi barbarzyńsko znakowało się kiedyś zwierzęta. Podczas gdy młodsza siostra wolała się wycofać, wystraszona niewyjaśnionym zjawiskiem, ja i kuzynka wymyślałyśmy różne historie spiskowe, skąd to dziwactwo mogło się wziąć – a to, że jedna z nas lunatykuje, a to, że w nocy lalka zaczęła się topić. Aż nagle doszłyśmy do kuriozalnego wniosku: znamię na lalce wyżłobiła… burza. Nie mam zielonego pojęcia, skąd coś takiego przyszło nam do głowy. Ale na tym właśnie ostatecznie stanęło. Jakąś dziwną, pozaziemską mocą pioruny z zewnątrz przeniknęły do naszego domu i naznaczyły lalkę czerwonym, wiecznym znamieniem.

A najlepsze jest to, że do dziś nijak nie potrafię wytłumaczyć logicznie, skąd to czerwone znamię na lalce naprawdę się wzięło. Po prostu nie mam bladego pojęcia. Może naprawdę było ono dziełem jakiegoś zbłąkanego pioruna? Albo może UFO?

***********

Dzisiejsza burza nie była nawet w połowie tak silna, jak tamta. Pamiętam multum silniejszych o wiele: pioruny rozświetlające nocne niebo tak, że zdawałoby się, że jest środek dnia, grzmoty wprawiające cały dom w drgania, wyłączony prąd. Ciekawe – z reguły nie pamięta się wyraźnie większości wydarzeń z przeszłości. A te, którym towarzyszyły ogromne, niezwykłe wręcz burze, pamiętam ze szczegółami – a było ich nawet sporo. Nigdy nie bałam się burzy, nawet jako małe dziecko. Zawsze fascynowało mnie to przeplatanie się grozy i piękna, ciemności i światła.

Ale, choć nie największa, ta, która nawiedziła nas w nocy, również była dosyć groźna. A przede wszystkim – towarzyszyła jej kosmiczna wręcz ulewa. Kaskady deszczu lały się z nieba hektolitrami przez bite trzy godziny. A teraz? Teraz po deszczu nie ma już ani śladu. Gorący i parny dzień zmył z powierzchni ziemi najmniejszą choćby wilgoć.

Gdyby teraz wciąż padało, napisałabym: na obiad – domowa pizza, dla tych, którym nie chce się opuszczać mieszkania w ten ulewny deszcz. Ale w takim razie, wystarczy zmienić tylko nieco formę.

Na obiad proponuję domową pizzę – Quattro Formaggi, z mnogością dodatków. Dla tych, którym przez potworne gorąco odechciewa się wychodzić z domu nawet na chwileczkę. A pizza jest naprawdę pyszna. Cienkie, uginające się pod dodatkami ciasto, domowy sos pomidorowy z oregano i czosnkiem. Cztery pyszne sery: ostra gorgonzola, wyrazisty żółty, klasyczny parmezan i delikatna mozzarella. Do tego – paseczki szynki, plastry pieczarek, zielone oliwki – a upieczone już danie posypane świeżą rukolą. Było naprawdę przepysznie. Polecam wszystkim gorąco!



Przepis autorski.

 

Pizza Quattro Formaggi z pieczarkami, szynką, oliwkami i rukolą

Składniki na ciasto (pizza ok. 30 cm):

  • 125 g mąki pszennej
  • 8 g świeżych drożdży
  • 75 ml wody (ok., na wyczucie)
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 1/4 łyżeczki cukru
  • 1/2 łyżeczki soli

Z drożdży, 30 ml ciepłej (ale nie gorącej!) wody i cukru sporządzić rozczyn, odstawić w ciepłe miejsce na 15 minut. Po tym czasie drożdże powinny porządnie się spienić – jeśli tak się nie stanie, trzeba kroki powtórzyć. Mąkę wymieszać w misce z solą, dodać rozczyn i powoli dolewać wodę, zagniatając gładkie ciasto. Następnie wyrabiać je przez 10-15 minut, aż będzie elastyczne i będzie odchodzić łatwo od rąk. Ciasto umieścić w misce, przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce do wyrastania na 1,5-2 godziny, aż wyraźnie podwoi objętość.

Po tym czasie można od razu przystąpić do robienia pizzy bądź też wstawić ciasto do lodówki na kilka godzin, maksymalnie na noc. Jeśli tak uczynimy, ciasto należy wyjąć przed przyrządzaniem dania ok. 1 godzinę wcześniej, aby odtajało.

Sos pomidorowy:

  • 50 g koncentratu pomidorowego
  • 3/4 łyżeczki wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 łyżeczka suszonego oregano
  • 3/4 łyżeczki cukru
  • sól
  • 1 ząbek czosnku, zmiażdżony

W miseczce wymieszać wszystkie składniki sosu, lekko dosolić do smaku (sos ma być słodkawy).

Można również użyć idealnego sosu pomidorowego, z tego przepisu.

Składniki na wierzch pizzy:

  • 2 pieczarki
  • 30 g szynki, z indyka, kurczaka lub konserwowej
  • 6 zielonych oliwek
  • 30 g sera z niebieską pleśnią (gorgonzola, rokpol, lazur itp.)
  • 40 g wyrazistego sera żółtego (np. emmentaler, radamer)
  • 50 g mozzarelli
  • 1 czubata łyżka tartego parmezanu
  • suszone oregano do posypania
  • dwie garści rukoli

Sery pokroić bądź porwać na mniejsze kawałki, pieczarki pokroić na cienkie plasterki, szynkę pokroić w paseczki, a oliwki poprzekrawać na 3 części. Rukolę delikatnie umyć, osuszyć.

Ciasto na pizzę rozwałkować, a następnie rozciągnąć palcami na koło o średnicy ok. 30 cm. Najlepiej zrobić to na kamieniu do pizzy, ale może być także wysmarowana oliwą blaszką. Posmarować warstwą sosu pomidorowego. Na to wyłożyć równomiernie sery, szynkę, pieczarki i oliwki. Posypać parmezanem oraz sporą ilością oregano. Pizzę wstawić do piekarnika nagrzanego do 225 stopni. Piec ok. 15 minut. Następnie posypać rukolą i kroić na trójkąty.

Pizzę można podać również z ulubionym sosem – tutaj moje propozycje.



Smacznego!!! :)

 

czwartek, 20 czerwca 2013

 

Pamiętam jeden taki czerwiec. Cztery, a może pięć lat temu? Albo i nawet więcej, nie wiem. Z biegiem lat tak wiele wspomnień zlewa mi się w jedną, wielką, rozmytą masę. Tego czerwca żar lał się z nieba strumieniami. W domu non stop pracowały wiatraki, co dzień chodziłam w krótkich szortach i zroszonych wodą topach, a w nocy z gorąca nie mogłam spać ani nawet oddychać – dosłownie. Pamiętam, jak o czwartej nad ranem przenosiłam się z pokoju do pokoju, z łóżka na łóżko, otwierając wszystkie możliwe okna, a w końcu lądując w wannie pełnej zimnej wody.

Ale to tylko taki jeden, niewyraźny obraz. Nie kojarzę z tamtym okresem żadnych innych wydarzeń, nie wiem, czy gorąco było tylko przez parę dni, czy może znacznie dłużej. Ciekawa jestem, czy tamtego lata rzeczywiście było aż tak niezwykle upalnie, czy też obecne dni są do nich porównywalne temperaturowo. Bo jest gorąco. Termometr za oknem pokazuje 37 stopni, a ja ruszam się jak mucha w smole i oddycham z trudnością. Ale mogę spać, mogę nawet gotować. Ciekawa jestem, czy to po prostu kwestia przyzwyczajenia. Może im więcej rzeczy spada nam na barki, tym silniejsi i odporniejsi się stajemy. Może gdy rzeczywistość wymusza na nas pewne zachowania, nie mamy innego wyjścia, niż jej się podporządkować.

Zza otwartego okna wpływa co jakiś czas podmuch leciutko chłodnego powietrza. Niedostatecznie, aby oziębić choć trochę rozgrzane ciało. Powoli staram się ruszyć z miejsca. Wstać, pójść do łazienki. Strumień zimnej wody może ochłodzi mnie dostatecznie. Ale prędzej czy później trzeba będzie stamtąd wyjść. Zamknąć oczy. Zasnąć.

Może i prawda, że można znieść wszystko. Ale tylko wtedy, gdy wyłączy się uczucia. I do czasu, kiedy domek z kart zawali się raz na zawsze.

****************

A tytuł ciasta jest może trochę mylący. Jagodowiec - ale nie ma w nim świeżych jagód. Jest za to pyszny, jagodowy dżem. Mascarpone - w postaci lekkiego, mało słodkiego, śmietankowego kremu ze śmietaną kremówką, który idealnie równoważy słodycz ciasta. Migdałowe płatki. I samo ciasto czekoladowe - to w rzeczywistości ciasto z dodatkiem kakao, ale ciemne, wilgotne i puszyste.

Wymyśliłam je na potrzeby chwili, zainspirowana innym przepisem - i mająca ochotę na jakieś czarno-białe, owocowo-kremowe połączenie. Jakkolwiek by nie było, powiedzieć mogę na pewno: ciasto jest po prostu przepyszne. Takie proste, a jednocześnie naprawdę znakomite. Na lato idealne. Polecam gorąco.

 

Luźna inspiracja: ten przepis, stamtąd też zaczerpnęłam proporcje na kakaowe, wilgotne ciasto, dodając jednak więcej kakao. Krem i cała koncepcja deseru - autorskie.

 

Jagodowiec czekoladowy ze śmietankowym kremem mascarpone

Wilgotne ciasto kakaowe na oleju (blaszka ok. 30x40 cm):

  • 3/4 szklanki oleju o neutralnym smaku
  • 1/2 szklanki wody
  • 1 szklanka cukru + 1/2 szklanki
  • 4 łyżki kakao
  • 5 jajek
  • szczypta soli
  • 1,5 szklanki mąki
  • 1 łyżeczka sody
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia

W garnku umieścić olej, wodę, kakao, szklankę cukru i kakao. Wszystko dobrze wymieszać i zagotować do uzyskania jednolitej masy. Całość dobrze wystudzić.

Białka dokładnie oddzielić od żółtek. Białka ubić na sztywną pianę ze szczyptą soli, pod koniec ubijania dodając 1/2 szklanki cukru i miksując dalej do uzyskania gładkiej, sztywnej, lśniącej masy. Następnie wbijać po kolei żółtka, dokładnie, lecz krótko ucierając. Mąkę wymieszać z sodą i proszkiem, a następnie przesiać w trzech partiach do masy jajecznej. Wszystko bardzo dokładnie, lecz krótko zmiksować. Masę wylać do wyłożonej papierem do pieczenia blaszki. Piec ok. 40-50 minut w 175 stopniach. Gotowe ciasto przestudzić, a następnie wyjąć z formy i przekroić na dwa równe blaty – świetnie do tego celu służy nić dentystyczna. Blaty całkowicie wystudzić, a następnie schować do lodówki do schłodzenia (dzięki temu krem będzie się na nich świetnie trzymał).

Krem z mascarpone i bitej śmietany:

  • 500 g serka mascarpone
  • 400 g śmietanki kremówki 36 %, mocno schłodzonej
  • 4 łyżki cukru pudru

Schłodzoną śmietankę ubić na sztywną pianę, pod koniec dodając cukier puder. Ale uwaga: piana ma być sztywna, jednak jeszcze nie „do końca” ubita, będzie później miksowana z serkiem, nie chcemy więc, aby się zwarzyła.

Mascarpone utrzeć w innej misce. Następnie dodać ubitą śmietankę i całość utrzeć mikserem na najmniejszych obrotach do uzyskania gładkiej, puszystej masy – nie należy jednak ucierać zbyt długo. Masę wstawić do lodówki.

Ponadto:

  • 1/2 szklanki soku jagodowego (lub ew. wody wymieszanej z konfiturą lub syropem z jagód)
  • 1/4 szklanki wody mineralnej
  • 1 łyżka spirytusu
  • 1 łyżeczka cukru pudru
  • 1,5-2 słoiczki dobrego dżemu lub konfitury jagodowej, najlepiej takiej z całymi owocami
  • 1/4 szklanki płatków migdałowych

Sok jagodowy wymieszać z wodą, spirytusem i cukrem pudrem. Wstawić poncz do lodówki.

W blaszce ułożyć pierwszy blat kakaowego ciasta. Nasączyć go ponczem jagodowym i posmarować warstwą jagodowej konfitury (nie za cienką, nie za grubą, na wyczucie). Następnie posmarować połową kremu śmietankowego mascarpone. Przykryć drugim blatem, ponownie nasączyć i pokryć warstwą jagodowego dżemu. Na wierzch ciasta wyłożyć resztę kremu. Należy jednak robić to bardzo ostrożnie, aby nie pomieszać konfitury jagodowej z kremem – wierzch ma pozostać idealnie biały. Wyrównać powierzchnię dużym, szerokim nożem. Ciasto wstawić do lodówki.



Smacznego!!!

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

środa, 19 czerwca 2013

 

Codziennie chodzę na targ po truskawki. Codziennie kupuję dobrze ponad kilogram - i zawsze w ciągu tego jednego dnia we trzy zjadamy cały koszyk. Oczywiście - ja i Mama zjadamy najwięcej. Cóż, wiemy, co dobre :>. A truskawki tanieją wciąż... Wczoraj za 5,50 kupiłam tak piękne i słodkie, i pachnące... Cudo. Muszę chyba wykombinować z nich jakiś ciekawy dżem czy sok, zanim znikną znów na całe 12 miesięcy :

A dziś będzie trochę o żeberkach. Żeberek nie jadłam przez całe... 18 lat swojego życia :o. Mama moja nigdy ich nie robiła, mówiąc, że są za tłuste, niedobre itp. itd. Spróbowałam ich po raz pierwszy w zeszłym roku, w pewnym nadmorskim ośrodku SPA. Lepkie, spieczone, aromatyczne - smakowały mi niezmiernie. Oczywiście, tylko ja wtedy zamówiłam żeberka, reszta rodziny nawet nie chciała ich spróbować. Mama, jak to często Ona, nie próbując, mówiła od razu, że coś jest okropne i Ona nie będzie tego jeść. Zapewne jedyne żeberka, jakie kiedykolwiek jadła, to były rzeczywiście te duszone, tłuste, prawdziwie po polsku, albo takie w kapuśniaku - nie dziwię się więc, że miała z nimi złe skojarzenia. A za mną od tamtego czasu chodziły żeberka i chodziły, ale nie mogłam ich zrobić, bo nikt w domu się na to nie godził. Aż wreszcie, w zeszłym tygodniu, miałam okazję przygotowywać obiad tylko dla siebie. I padło na owe żeberka. Z przepisu, który już dawno wypatrzyłam u Kasi Guzik.

Słodkie, lepkie żeberka w kawowej glazurze z innymi ciekawymi przyprawami, pieczone do miękkości, a na wierzchu - wytwarza się przepyszna, spieczona skórka. Były po prostu przepyszne. A tak nawiasem - specjalnie zostawiłam kawałek dla Mamy, bo wiedziałam, że choć tkwi zatwardziale w swoim przekonaniu, że żeberek nie znosi, to te jej posmakują - i nie myliłam się! :D. Co więcej - miała do mnie pretensje, że nie zrobiłam ich więcej :D. Ach, jak tu niektórym dogodzić...

A do tego przygotowałam przepyszną, glazurowaną, młodą marchewkę. W cukrze i maśle, słodko-lepką, cudowną. To był naprawdę BOSKI obiad. Polecam gorąco, gorąco!

 

Przepis na żeberka z bloga gotowaniecieszy.blox.pl, ja jednak dałam znacznie mniej ketchupu i zmieniłam nieco sposób doprawienia – podaję po modyfikacjach; na marchewkę – autorski.

 

Składniki na żeberka (4 porcje):

  • 1 kg chudych żeberek wieprzowych
  • 1/4 szklanki ketchupu
  • 3/4 szklanki bardzo mocnej kawy
  • 3 pełne łyżki cukru
  • 1 łyżka sosu worcestershire
  • 1 mała cebula, drobno posiekana
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej
  • sól, pieprz

Żeberka umyć, osuszyć, podzielić na mniejsze kawałki. Oprószyć solą i pieprzem.

W naczyniu żaroodpornym wymieszać ketchup, kawę oraz kawę rozpuszczalną, cukier, sos Worcester, cebulę, paprykę. W razie potrzeby dosłodzić do smaku – sos ma być słodki. Jeśli mamy mało kwaśny ketchup, można dodać łyżeczkę lub dwie octu z czerwonego wina. Żeberka umieścić w marynacie, dobrze obtoczyć i zostawić na kilka godzin lub całą noc do przeniknięcia się smaków.

Piekarnik rozgrzać do 190 stopni. Naczynie z żeberkami umieścić na środkowej półce i piec 1 godzinę. Po tym czasie przewrócić żeberka na drugą stronę i piec jeszcze pół godziny. Następnie sprawdzić, czy mięso jest gotowe – powinno łatwo odchodzić od kości. W razie potrzeby zmniejszyć temperaturę do 175 stopni i dopiekać jeszcze żeberka ok. 10-15 minut, aż będą dobrze wypieczone. Podawać z białym ryżem lub ziemniakami, w towarzystwie karmelizowanej marchewki, koniecznie z resztą pozostałego z pieczenia sosu.

Marchewki karmelizowane (1-3 porcje):

  • ok. 300 g młodych, niezbyt dużych marchewek
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki cukru
  • 1 szklanka lekkiego bulionu warzywnego
  • sól, pieprz

Marchewki umyć, oskrobać. Podzielić na mniejsze kawałki i każdy przekroić wzdłuż, aby powstały mniejsze części. W rondlu roztopić masło. Włożyć warzywa i smażyć, mieszając, 2 minuty, aż marchewki całe pokryją się tłuszczem. Gorący bulion wymieszać z cukrem i wlać do rondla z marchewkami. Doprawić pieprzem, wymieszać, przykryć i dusić na małym ogniu ok. 15-20 minut, do miękkości (lecz warzywa nie mają się absolutnie rozpadać, nie mają być zbyt miękkie). Po tym czasie odkryć pokrywkę, zwiększyć palnik i smażyć, mieszając, kilka minut, aż płyn się zredukuje i zostanie tylko lepka glazura. Wymieszać, aby oblepiła wszystkie marchewki. Doprawić solą (bardzo lekko, marchewki mają być słodkie!), wyłączyć gaz.



Smacznego!!! *__*

 

 
1 , 2 , 3