Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Odszukaj.com - przepisy kulinarne Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi
niedziela, 30 września 2012

 

 

Może to głupie, może niewiarygodne, w gruncie rzeczy, ja sama zdałam sobie z tego sprawę zupełnie niedawno. Mianowicie – jeśli miałabym zrobić listę swoich ulubionych potraw, znalazłby się na niej na pewno… świeży chleb z masłem.

Czasem mam ochotę na kromkę jeszcze ciepłego, mięciutkiego białego o chrupiącej skórce, czasem – na lekko gorzkawy i aromatyczny razowy. Jeszcze bardziej przepadam za ciemnym chlebem lub bułkami z ogromną ilością ziaren – słonecznikiem, sezamem, makiem, soją

Jednak moim faworytem pozostaje lekko słodki, o karmelowej barwie i dużej ilości ziaren słonecznika orkiszowy z pewnej pobliskiej piekarni. No i oczywiście masło – prawdziwe, najprawdziwsze, miękkie, śmietankowe – położone na kromce odpowiednio słuszną warstwą. Często jadam taki posiłek w towarzystwie oprószonego ziołami i solą dojrzałego pomidora. I co jeszcze uwielbiam robić? Taki pyszny, lekko słodki orkiszowy chleb z masłem posypywać szczyptą ziołowej soli ;).

Tak, to jest coś, co uwielbiam, rzecz która nigdy mi się nie znudzi. Często mimo faktu, że lodówka pełna jest wręcz różnych smakowitych rzeczy, ja wolę smarować świeży chleb masłem, posypywać solą i delektować się jego przepysznym smakiem.

W ogóle, masło po prostu uwielbiam. Jak już nieraz zapewne wspominałam, przeogromnie wręcz lubuję się w ciężkich, tłustych, słodkich i koszmarnie pysznych maślanych kremach do tortów i ciast. Kocham też wszystko smażone na maśle – warzywa, grzyby, cebulkę… Mmm, niebo w gębie *__* O kremowych sosach nawet nie wspominając – może niektóre z nich nie zawierają masła samego w sobie, lecz tłustą śmietankę kremówkę, lecz nuta smakowa jest podobna.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą kocham, o której wspominałam już niejednokrotnie. To karmel – w postaciach przeróżnych. Czy to karmelowego sosu, czy delikatnie ciągnącego toffi, czy też mającego z nim wiele wspólnego kajmaku. Mmm *__*

Można już chyba domyślić się, jaki smakołyk mam zamiar dzisiaj przedstawić. Było o miłości do masła, miłości do karmelu… Co więc kojarzy się z obiema tymi rzeczami naraz? Tą rzeczą jest sos butterscotch.

Jest już na blogu jeden przepis z wykorzystaniem tego sosu, to ten oto sernik (klik). Może jednak wtedy zrobiłam go za mało, może nie wykonałam wszystkiego jak należy (mając mniej doświadczenia w kuchni niż obecnie), bo nie wiem jak inaczej wytłumaczyć fakt, że już wtedy nie zakochałam się w nim na zabój. Teraz bowiem nastąpiło to z pewnością.

Omg, naprawdę, nie przesadzam. Butterscotch to jedna z lepszych rzeczy, jakie ludzie kiedykolwiek wymyślili. 

Inspirowałam się przepisem Davida Leibovitza (klik) – jednak wprowadziłam sporo zmian, o czym pisałam powyżej. Na początku więc załączę przepis na klasyczny butterscotch, a później – moją autorską, „ulepszoną” ;) wersję.

 

Klasyczny sos butterscotch (na ok. 2 szklanki):

  • 120 g masła (autor sugeruje solone – ale moim zdaniem w „klasyku” ta sól nie występuje – N.)
  • 360 g brązowego cukru
  • 120 ml + 180 ml śmietanki kremówki 30 lub 36 %

Masło stopić w rondelku z cukrem i 30 ml śmietanki, mieszając do uzyskania gładkiej konsystencji bez wyczuwalnych grudek cukru. Następnie, bez mieszania, gotować miksturę przez ok. 3 minuty. Później wlać resztę śmietanki, wymieszać i jeszcze chwilę potrzymać na ogniu – aby cukier dokładnie się rozpuścił.

Sos najlepszy jest na ciepło – jako dodatek do ciast, deserów, lodów, owoców… Albo do wyjadania łyżką wprost z rondelka *__*.

 

Sos a`la butterscotch z karmelem i cynamonem – moja wersja:

  • 120 g masła
  • 360 g białego cukru
  • 2 łyżeczki cynamonu
  • 300 ml śmietanki kremówki 30 lub 36 %

W miseczce wymieszać cukier i cynamon. W rondelku roztopić masło, dodać cukier i połowę śmietanki. Gotować na niewielkim ogniu, wciąż mieszając, aż mikstura nabierze karmelowej barwy i aromatu. Wtedy też wlać resztę śmietanki, wymieszać, pogotować jeszcze chwilę, mieszając. Następnie zdjąć z gazu, serwować na ciepło – tak, jak oryginalny butterscotch. Coś przepysznego!

A już niebawem – przepis z wykorzystaniem ww. sosu ;)

 

Smacznego! *__*

 

piątek, 28 września 2012

 

Wiem, że publikowanie tego przepisu to banał, i to banał do kwadratu. Wiem, że potrawa ta pojawia się na miliardach stron – i zawsze opatrzona jest tym samym komentarzem ;).

Ja nie będę więc pisać po raz n-ty tych samych patetycznych farmazonów. Nie będę na siłę tworzyć „poetyckich” wersów o tym, jak to czasem jedynym lekarstwem na smutki jest duża porcja jakiegoś comfort food. Powiem jedynie kilka słów: ciepłe, aromatyczne, obłędnie kremowe. Pyszne. Co z tego, że banał, ale taki, który uwielbiam. I tyle wystarczy.

Przepis własny, może służyć jako samodzielny comfort food (choć proporcje zależą wyłącznie od indywidualnych upodobań, podaję orientacyjnie), ale jest też bazą do tworzenia wielu różnych wariacji - dodać można rozmaite przyprawy, dodatki kolorystyczne, np. słodką paprykę, zmielony szpinak, czosnek... Opcji jest mnóstwo, zachęcam do eksperymentów! Voila ;)


Składniki (na 2 „pocieszycielskie” porcje):

  • 500 g ziemniaków
  • 3 łyżki masła
  • 1/2 szklanki słodkiej śmietanki ew. mleka (w najbardziej dekadenckiej wersji - kremówki)
  • spora szczypta gałki muszkatołowej (lub do smaku, ja lubię dodać jej dużo)
  • niewielka szczypta imbiru
  • sól, pieprz

Ziemniaki obrać, ugotować w osolonej wodzie (nie zaszkodzi, jeśli się rozgotują). Odcedzić. Odczekać, aż obeschną, a następnie dokładnie ugnieść je na gładkie puree (praską, maszynką itp). Dodać masło, ponownie ugnieść, a następnie wlać mleko lub śmietankę - wymieszać i ugniatać do uzyskania kremowej, gładkiej konsystencji. Wsypać gałkę muszkatołową, imbir, doprawić solą i pieprzem, wymieszać. Delektować się jeszcze ciepłym, pysznie kremowym daniem ;).

Smacznego :))

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

czwartek, 27 września 2012

 

Mówiłam już kiedyś, jak bardzo uwielbiam przyprawy korzenne, szczególnie cynamon, we wszelkiego rodzaju daniach wytrawnych – zwłaszcza mięsnych.

W tej potrawie zawarłam wszystko, co po prostu uwielbiam. Pierś z kurczaka w obłędnie aromatycznej marynacie z przypraw korzennych i sosu sojowego, podsmażona, a poźniej gotowana w sosie z kokosowego mleczka z dodatkiem soczystego mango, słodkiej kukurydzy i mojej kolejnej miłości – podprażonych orzeszków nerkowca. Potrawę podałam w towarzystwie ryżu basmati ugotowanego na sypko, zaś następnego dnia zastąpiłam go makaronem chow mein. Niebo w gębie! Ha, muszę powiedzieć, że jestem z siebie zadowolona :D. Polecam gorąco!

Przepis autorski.

 

Składniki (na 4 porcje)

Marynata:

  • 500 g piersi z kurczaka
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 1 łyżeczka garam masali
  • 1 łyżeczka cynamonu (lub do smaku)
  • 1/2 łyżeczki papryki słodkiej
  • 1/2 łyżeczki kuminu
  • sól, pieprz

Kurczaka umyć, oczyścić, pokroić w niewielką kostkę. W misce wymieszać składniki marynaty: oliwę, sos sojowy, cynamon, słodką paprykę, kumin, garam masalę, doprawić solą i pieprzem (należy uważać, gdyż sos sojowy jest bardzo słony). Mięso włożyć do marynaty, wymieszać, odstawić na 1 godzinę do przejścia się smaków.

Ponadto:

  • 1 mango
  • 5 łyżek ziaren kukurydzy
  • 50 g orzechów nerkowca
  • 400 g mleczka kokosowego
  • sól
  • ryż basmati lub makaron chow mein do podania

Mango obrać, pokroić w kostkę. Orzechy nerkowca podprażyć na suchej patelni.

Mięso z kurczaka wraz z całą marynatą przełożyć na patelnię, podsmażyć do zezłocenia. Następnie wlać mleko kokosowe, dołożyć mango, kukurydzę, wymieszać. Gotować przez ok. 20-25 minut, z początku pod przykryciem, potem na wolnym ogniu. Na końcu dorzucić orzechy nerkowca. Doprawić solą. Danie podawać z ryżem basmati ugotowanym na sypko bądź z makaronem chow mein. Mmm *___*

 

Smacznego *__*

 

 

wtorek, 25 września 2012

 

Uwielbiam aromat prażonych bądź pieczonych orzechów. W ogóle, uwielbiam wszystko, co mocno aromatyczne - wszelkiego rodzaju zioła; moje najobłędniejsze, czyli: zapach korzennych przypraw, karmelu czy gorącego toffi, ale też te proste: gorące mleko z miodem, smażenie na maśle lub też ciepły, waniliowy pudding... Orzechy plasują się gdzieś w "szufladce" zapachów korzennych - kojarzą mi się z jesienią, ciepłym domem - słodyczą. Szczególnie lubuję się w pistacjach i nerkowcach, jednak obok prażonych laskowych czy migdałów również nie przejdę obojętnie. Orzechy włoskie są chyba, choć popularne, najbardziej szlachetne - ich smak jest dość cierpki, lecz mocno orzechowy (tak - istnieje coś takiego jak "orzechowy" smak i aromat), tłusty i sycący. Jako dziecko nie bardzo przepadałam za tą odmianą orzecha, lecz z wiekiem coraz bardziej zaczęłam się do niej przekonywać. I na wytrawnie, i na słodko - orzechy włoskie uwielbiam.

Tak, jak prezentowany kilka postów wcześniej sernik (przepis tutaj), tak i te ciasteczka są w smaku dosyć wyrafinowane i szlachetne. Zawierają niewiele mąki i masła, masa składa się w większości z samych mielonych orzechów i odpowiedniej ilości cukru. Nie jest to typ "comfort food", lecz raczej bardzo dobry dodatek do kawy. Obłędnie orzechowe - bardziej już chyba być nie mogą, kruche i zbite. Dla miłośników orzechów włoskich - ciastka idealne.

Luźna inspiracja: przepis stąd, podaję w mojej wersji.

 

Składniki (na ok. 20 małych ciasteczek):

  • 120 g zmielonych orzechów włoskich
  • 35 g mąki
  • 40 g cukru
  • 1 jajko
  • 10 g masła, stopionego
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • cukier puder do obtaczania

W misce umieścić orzechy, mąkę, cukier i proszek do pieczenia, wymieszać. Następnie wbić jajko, wlać stopione masło i uformować z ciasta kulę. Wstawić do lodówki do schłodzenia na kilkanaście minut. Następnie z ciasta formować kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczać je w cukrze pudrze i kłaść na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec ok. 20-23 minuty w 180 stopniach.

 

Smacznego!

 

niedziela, 23 września 2012

 

Po cichutku, po kryjomu przyszła do nas jesień... Co prawda nie można powiedzieć, że przyniosła z sobą ochłodzenie i deszcze (te były już u nas wcześniej), może nawet dziś było troszkę cieplej niż podczas dni poprzednich. Cieszę się. Dosyć już miałam lata (które i tak było tylko formalnością...), dość już słońca i bezchmurnego nieba. Zwłaszcza, że mój nastrój nie jest już na pewno letni. Mam tylko nadzieję, że jak na złość nie nastąpi teraz ocieplenie i słońce nie zacznie codziennie przyświecać. Teraz, coraz większymi krokami, wchodzić będziemy w złotą porę roku - z falą złotych, zeschłych liści, opadami deszczu i cumulonimbusami...

A ja dzisiaj prezentuję tę oto jesienną tartę - znów na wytrawnie, na francuskim cieście, z plastrami soczystej gruszki, pokruszoną gorgonzolą i suszonym tymiankiem. Gruszka i niebieski ser, para idealna. Przepyszna propozycja na obiad lub ciepłą kolację. Polecam gorąco!

Przepis autorski.

 

Składniki (na 6 małych prostokątów):

  • 1/2 gotowego surowego ciasta francuskiego (ok. 140 g)
  • 1 mała gruszka
  • 70 g gorgonzoli
  • 2 łyżeczki suszonego tymianku

Ciasto francuskie rozłożyć na blasze, pokroić na prostokąty (po upieczeniu ciężko byłoby to zrobić). Gruszkę umyć, przekroić na pół, usunąć gniazdo nasienne. Pokroić w dosyć cienkie plastry, rozłożyć na cieście. Gorgonzolę pokroić na kawałeczki lub pokruszyć, posypać nią tartę. Posypać suszonym tymiankiem i piec ok. 15-20 minut w 200 stopniach.

 

Smacznego!!!

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

piątek, 21 września 2012

 

Dzisiaj nie będzie dygresyjnego wstępu. Nie będzie luźnych rozważań na temat bardzo luźno związany z prezentowaną przeze mnie potrawą - dziś ograniczę refleksje do minimum. Po części dlatego, że jest piątek wieczór, dopiero przed chwilą weszłam do domu i jestem potwornie zmęczona. Ale druga "część" jest taka, że prezentowany przeze mnie deser sam sobie dobrze posłuży za wstęp.

Nie będę z pewnością oryginalna, przyznając się do faktu, że jako dziecko uwielbiałam wyjadać surowe ciasto - z babek, ciast, ciasteczek - a w szczególności z tradycyjnie rok w rok "produkowanych" przez nas świątecznych pierniczków ;). Oczywiście, mama zawsze powtarzała mi: "dziecko, nie jedz tego, bo cię brzuch rozboli" (choć sama pałaszowała takie same jak ja ilości - ach ta hipokryzja ;d). Oczywiście, ja dobrych rad nie słuchałam i po kryjomu z lubością wcinałam skrawki surowego ciasta. Ha, jakoś nigdy dolegliwości żołądkowe z tego tytułu mnie nie spotkały!

Potem jakoś zapomniałam o tejże "dziecięcej" miłości - aż do czasu, gdy w tym roku, podczas wizyty w podparyskim Disneylandzie, miałam okazję raczyć się fenomenalnymi lodami "cookie dough" Haagen Dazs. Ach, cóż to była za rozkosz dla mojego podniebienia! Guilty pleasure w prawdziwym tego słowa znaczeniu. W tym samym mniej więcej czasie na blogach kulinarnych rozpoczęła się "moda" na wszystko z surowym ciastem - serniki cookie dough, muffiny cookie dough, cookie dough bars i masa innych tym podobnych. Ba, wydana została nawet książka z przepisami na desery z surowym ciastem (jakże niezgłębione są arkana ludzkiej psychiki...).

Oczywistą rzeczą było, że i ja prędzej czy później przyrządzę sobie jakiś "cookie dough" przysmak, jednak gdy przeglądałam przepisy na nie w internecie, żaden jakoś w zupełności nie odpowiadał moim dziecięcym marzeniom. Albo pieczona masa w serniku była "zbyt mało" surowa, albo warstwa cookie dough ginęła jakoś w nawale innych składników... Myślałam więc i myślałam, aż w mojej głowie powstał przepis na mój własny cookie dough dessert. I chcecie wiedzieć, jaki on jest? IDEALNY.

Mogę nazwać go sernikiem na zimno, choć odpowiedniejsza będzie chyba nazwa deser bądź mus. Jest więc spód z pokruszonych digestive`ów wymieszanych z herbatnikami, przepyszna masa serowa z serka kremowego na zimno - z dodatkiem mleka w proszku, dzięki czemu jest cudownie kremowa i cudownie słodka (pomysł Cukrowej Wróżki - genialny), no i ONE - cudowne kuleczki surowego ciasta, z kawałkami mlecznej czekolady. OMG. To było boskie, uwierzcie mi. I, co dla mnie ważne, przepis wymyśliłam sama ;). Polecam więc gorąco - i zapraszam!

Przepis autorski (bazowałam jedynie lekko na tym przepisie na masę serową).

 

Składniki na spód:

  • 80 g pokruszonych ciastek digestive
  • 40 g pokruszonych herbatników maślanych
  • 50 g roztopionego masła

Herbatniki i ciastka wymieszać z masłem. Formę wyłożyć folią aluminiową, wcisnąć w nią ciasteczkowy spód. Podpiekać przez 6 minut w 180 stopniach. Wystudzić.

Składniki na cookie dough:

  • 50 g roztopionego masła
  • 50 g cukru
  • 1/2 szklanki posiekanej mlecznej czekolady
  • 1/4 szklanki mąki

Wystudzone masło wymieszać dokładnie z cukrem, mąką i czekoladą. Masę włożyć na 10 minut do lodówki. Po tym czasie formować z niej kuleczki i włożyć do lodówki na czas przygotowywania serowej masy.

Składniki na masę serową:

  • 450 g serka na serniki (z wiaderka lub serka kremowego)
  • 100 g miękkiego masła
  • 2 łyżki żelatyny
  • 1/4 szklanki wody
  • 2 jajka
  • 1 szklanka mleka w proszku
  • 3/4 szklanki cukru

Żelatynę przygotować w 1/4 szklanki wody, wystudzić. Masło dobrze utrzeć z cukrem, a następnie dodawać po jednym jajku, wciąż ucierając. Dodać ser, zmiksować, następnie wsypać mleko w proszku i dobrze wszystko połączyć. Zmiksować masę z żelatyną. Wcześniej przygotowane kuleczki z surowego ciasta wmieszać do masy, wszystko dobrze, lecz delikatnie połączyć. Sernik-mus wstawić do lodówki na minimum 3 godziny. Cudo *___*

 

Smacznego *__*

 

środa, 19 września 2012

 

Nie mam w domu stosu książek kucharskich, góry czasopism o gotowaniu ani zeszyciku z wycinkami przepisów z różnych dziwnych źródeł. Mam za to na półce kilka kulinarnych pozycji - których co prawda nie jest wiele, ale nie oddałabym ich za żadne inne wydawnictwa.

Prawda jest taka, że rzadko robię coś z tych książek. Nie wertuję "dania za grosik", "smacznego" ani żadnych tym podobnych w poszukiwaniu inspiracji na obiad dla rodziny, o nie. Co w takim razie robię z moimi książkami? Po prostu je... PRZEGLĄDAM.

Czasami dla relaksu przewracam kolorowe kartki, zachwycam się artystycznymi, świetnie skadrowanymi zdjęciami i czytam apetyczne opisy. I wcale nie chodzi mi tylko o to, "czym by tu teraz kogo nakarmić". W takich momentach dla mnie gotowanie to pasja. I sztuka.

W mojej biblioteczce znajduje się Złota Księga Czekolady, Lato w kuchni Nigelli, różowe maleństwo Babeczki słodkie i pikantne i jeszcze parę innych. No i oczywiście pozycja, do której dzisiaj zmierzam: książka autorstwa Marty Gessler (nie mylić z Magdą!) Kuchnia Marty. Kolory smaków.

Spotkałam się w sieci z wieloma krytycznymi opiniami na temat tej pozycji. Oscyluują one głównie wokół zarzutu, że właściwie to nie znajdzie się tam żadnych wartościowych przepisów - bo trudno nazwać przepisem "biały talerz z białym serami" bądź "mandarynki w czekoladzie".

Istotnie, książka ta nie jest może kucharską w ścisłym tego słowa znaczeniu. Jak dla mnie, traktuje właśnie o tym, co tak bardzo lubię: kuchni jako sztuce. Cóż, nie bez powodu sławetna restauracja Marty nazywa się Qchnia artystyczna. I to, co jest dla innych największym książki zarzutem, mnie właśnie najbardziej w niej się podoba.

Książka zawiera głównie inspiracje na dania. Co z czym połączyć, jak podać, wydobyć piękno i aromat z różnorakich składników. Ponadto, wszystkie przepisy są pogrupowane w działy tytułujące się kolorami: jest biały, zielony, różowy, pomarańczowy, żółty, czerwony, fioletowy, brązowy, a nawet przezroczysty. A wszystko okraszone refleksyjnymi komentarzami autorki i przepięknymi, artystycznymi zdjęciami (które nie są może zawsze rzeczywistym ujęciem potrawy, stanowią jednak ucztę dla samych oczu czytelnika ;)).

Ale żeby nie było tak jednostronnie, w książce znaleźć można, oczywiście, wiele naprawdę ciekawych przepisów. I jeden z nich właśnie dziś mam przyjemność zaprezentować: filet z piersi kurczaka ze sporą dawką imbiru i skórki cytrynowej, przyrządzony na parze i podany z cytrynowym sosem. Pierwszy raz robiłam mięso na parze i obawiałam się, czy mi wyjdzie, jednak udało się. Danie jest pyszne, soczyste, treściwe i lekkie zarazem. Z mocno wyczuwalnym imbirem i cytryną, na pewno coś egzotycznego i niezwykle ciekawego. Polecam.

Przepis z książki M. Gessler Kolory smaków (str. 124). Podaję po moich modyfikacjach.

 

Składniki (na 4 porcje):

  • 2 całe piersi z kurczaka
  • korzeń imbiru 4 cm
  • skórka z 1/2 cytryny
  • sól, pieprz
  • 500 ml bulionu warzywnego
  • 6 żółtek
  • 3 łyżki gęstej śmietany 36 %
  • sok z 1 cytryny
  • 1 łyżeczka cukru
  • sól, pieprz

Piersi umyć, osuszyć, pokroić na mniejsze płaty. Imbir obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach. Mięso natrzeć imbirem i skórką cytrynową, doprawić solą i pieprzem. Odstawić na pół godziny. Po tym czasie ugotować na parze (ok. 20 minut) - mięso ma być miękkie i soczyste.

Bulion zagotować, dolać sok z cytryny. Śmietanę wymieszać z żółtkami, roztrzepać z 1/2 szklanki bulionu. Wciąż mieszając połączyć z resztą i podgrzewać do zgęstnienia sosu, nie dopuszczając jednak do zagotowania. Następnie doprawić cukrem, solą i pieprzem (sos ma jednak być słodkawy).

Piersi z kurczaka podawać polane gorącym sosem i udekorowane plastrami cytryny.

 

Smacznego!!!

 

wtorek, 18 września 2012

 

Nauka. Dużo nauki. I pracy, ale głównie takiej samej sobie narzuconej. Czy nie tak właśnie miało być? Zobaczymy. Jak na razie, z pewnej perspektywy nawet zaczyna mnie to wszystko ciekawi. Co będzie później, to się okaże.

A dzisiaj taki przepis, nie-przepis. Moja zupełna improwizacja, podana któregoś razu do obiadu sałatka z awokado, suszonych pomidorów, czerwonej cebulki, cytryny i włoskich orzechów, ze szczyptą cukru. Właściwie można by równie dobrze nazwać ją salsą (lub bardzo swoistą odmianą guacamole ;)), dlatego, że użyłam bardzo dojrzałego, mazistego wręcz awokado - dzięki czemu składniki idealnie się połączyły, a całość miała trochę postać dipu. Właściwie, nie spodziewałam się niczego szczególnego, a tymczasem smak potrawy bardzo mi przypadł do gustu. Kiedy ostatnio przyrządzałam awokado, użyłam okazu niewystarczająco chyba dojrzałego. Tym razem, miękkie i maślane, sprawiło, że zakochałam się w nim bez pamięci. I choć sama zajadałam się sałatką widelcem z talerzyka, równie dobrze można użyć jej jako smarowidła na kanapki, dipu do krakersów albo nachosów. ;). Naprawdę, pychota! Polecam serdecznie!

Przepis autorski.

 

Składniki:

  • 1 awokado, miękkie i dojrzałe
  • 50 g suszonych pomidorów z oleju
  • 1/2 małej czerwonej cebuli
  • garść włoskich orzechów, podprażonych
  • sok z 1/2 cytryny
  • 1 łyżeczka cukru
  • sól

Awokado przekroić, podzielić na kawałeczki i wydrążyć miąższ wzdłuż linii nacięć. Natychmiast skropić sokiem wyciśniętym z cytryny, wymieszać. Suszone pomidory, cebulę i orzechy włoskie posiekać. Dodać do sałatki. Dodać cukier, delikatnie wymieszać. Doprawić solą.

 

Smacznego!!!

 

poniedziałek, 17 września 2012

 

Uwielbiam bazyliowe pesto. Uwielbiam w nim wszystko - cudowny aromat włoskiego zioła, słony smak parmezanu i spajającą smaki oliwę z oliwek. Z makaronem, na pizzy albo po prostu jako dodatek do grzanek - jeden z moich ulubionych smaków.

Kiedy dawno temu zobaczyłam przepis na tę pizzę na cudnym blogu Brown Eyed Baker, od razu wiedziałam: muszę to zrobić. Niestety, rodzina niezbyt podzielała mój entuzjazm - a to że nie lubią pesto, a to że zbyt kaloryczne... Cóż. Dlatego też danie tak długo musiało czekać na swoją kolej, jednak w tę sobotę powiedziałam sobie: dość! Portobello Pesto Pizzo, twój czas nastał!

A jaki był efekt? Powiem po prostu: nie-ziem-ski. Przecudne ciasto - cienkie, lecz uginające się pod dodatkami, warstwa bazyliowego pesto, podsmażone na maśle pieczarki i cebula, a na wierzch spora warstwa mozzarelli. Do tego kapka oregano - i danie gotowe! Naprawdę, pizza wyszła przepyszna - aromatyczna, wyrazista w smaku - powiem nawet: jak z pizzerii! Polecam gorąco!

Jeszcze tylko kilka słów na temat ciasta do pizzy. Kiedy robiłam ją po raz pierwszy (klik), ciasto nie wyszło takie, jak bym chciała. A to dlatego, że autorka przepisu woli chyba ciasto cienkie i chrupiące. A moim zdaniem, prawdziwa, włoska pizza chrupiąca nie jest. Oczywiście, puszyste "buły" z tanich pizzerii również z włoską potrawą mają niewiele wspólnego. Idealne ciasto na pizzę musi być cienkie, ale dość miękkie - aby uginało się lekko pod dodatkami. Jak taki efekt uzyskać? Sekretem jest porządne wyrobienie drożdżowego ciasta. Ja wyrabiam je energicznie, przez ok. 10 minut. Wtedy ładnie wyrasta, jest elastyczne, a cienko rozwałkowane pozostaje lekko miękkie.

A więc, zapraszam serdecznie do przeczytania przepisu i wykonania tej oto pizzy - gwarantuję, nie pożałujecie!

Inspiracja: przepis z Brown Eyed Baker (klik), ciasto: własny wyrób.

 

Składniki na ciasto (na 1 pizzę ok. 30 cm):

  • 160 g mąki
  • 1 płaska łyżeczka suszonych drożdży
  • 1/2 łyżeczki cukru
  • 1 łyżeczka soli
  • 100 ml wody
  • 1 łyżeczka oliwy z oliwek

W misce wymieszać mąkę, sól, cukier i proszek do pieczenia. Następnie dolać wodę, wszystko pomieszać. Wyrobić gładkie ciasto - powinno to trwać ok. 10 minut, aby stało się elastyczne i sprężyste. Następnie kulę z ciasta posmarować oliwą, włożyć do miski, przykryć ściereczką i zostawić do wyrastania w ciepłe miejsce na ok. 1,5 godziny.

Składniki na wierzch pizzy:

  • 50 g bazyliowego pesto
  • 15 małych pieczarek
  • 1 mała czerwona cebulka
  • 1 łyżka masła
  • 150 g mozzarelli
  • sól, oregano

Pieczarki umyć, pokroić w plastry. Cebulkę obrać, pokroić w piórka. Na patelni roztopić masło, dodać pieczarki i cebulę. Smażyć na niewielkim ogniu ok. 15 minut - aż pieczarki i cebulka się przyrumienią. Dosolić, popieprzyć. Mozzarellę porwać na kawałki lub zetrzeć na tarce.

Wyrośnięte ciasto rozwałkować i rozciągnąć, aby stworzyło koło ok. 30 cm. Na to rozsmarować pesto, następnie wyłożyć podsmażone pieczarki z cebulą i posypać serem. Posolić, posypać oregano. Piec ok. 15 minut w 230 stopniach.

 

Smacznego!!!

 

niedziela, 16 września 2012

 

Czasem, jak chyba każdy gotujący, mam ochotę zrobić coś zupełnie innego, niż robię zwykle, zupełnie innego od moich ulubionych smaków. Właściwie, zdarza się to nawet często ;). Używam wtedy produktów, po które zazwyczaj nie sięgam - ot, takie kulinarne eksperymenty. Przykładem są placki z kaszy gryczanej i parmezanu (klik) - zrobiłam je po prostu, aby wykorzystać jakoś nielubianą gryczaną kaszę. Inna sprawa, że efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Ileż można zyskać podczas takich eksperymentów!

Dziś prezentowane danie nie wywarło na mnie aż tak piorunującego wrażenia, jak wyżej wymienione placki, jednak mogę je z czystym sumieniem zaliczyć do potraw smacznych. Faszerowane buraki - ugotowane na półmiękko, wypełnione farszem z mięsa mielonego, fety, cebulki i przypraw, a następnie posypane bułką tartą i upieczone. Coś zupełnie innowacyjnego ;).

Dodam tylko kilka uwag. Po pierwsze, nie radzę używać dużych buraków, a średnich - choć w przepisie są właśnie duże. Ja niestety użyłam warzyw bardzo sporych, które gotowały się chyba sto lat, a i tak pozostały dość twarde - w efekcie ich wydrążanie okazało się drogą przez mękę. W pewnym momencie po prostu się poddałam i nie wydrążyłam ich dostatecznie głęboko. A szkoda, bo gdyby ścianki pozostały cieńsze, do środka zmieściłoby się więcej farszu i cała potrawa byłaby smaczniejsza. Ale i tak polecam ;) Dlatego też przepis podaję po moich zmianach, w nowej wersji.

Przepis z wrześniowego Poradnika Domowego, podaję po moich zmianach.

 

Składniki (na 2-4 porcje):

  • 4 średnie buraki
  • 30 dag mięsa mielonego
  • 20 dag sera feta
  • 1 cebula
  • 1,5 łyżki suszonego rozmarynu (w oryginale szałwia)
  • cytryna
  • 1 łyżka masła
  • 2 łyżki bułki tartej
  • 1 szklanka lekkiego bulionu
  • 1 łyżka oleju
  • sól, pieprz

Buraki wyszorować, ugotować na półmiękko. Obrać i wydrążyć środki (nie będą potrzebne).

Cebulę posiekać, zeszklić na oleju. Z cytryny zetrzeć skórkę. Mięso wyrobić z cebulą, skórką z cytryny, rozmarynem. Fetę pokroić w kostkę, dodać do mięsa, wymieszać, doprawić solą i pieprzem. Buraki napełnić farszem, z wierzchu posypać tartą bułką. Na każdym położyć kawałeczek masła. Włożyć do naczynia żaroodpornego, podlać szklanką bulionu. Piec ok. 40 minut w 180 stopniach.

 

Smacznego :)

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

 
1 , 2 , 3