Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Odszukaj.com - przepisy kulinarne Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi

Przetwory

piątek, 11 października 2013

 

Plan, żeby zrobić tego lata własny ketchup w co najmniej dwóch wersjach, miałam już od dawna. Cóż, przynajmniej to udało mi się zrealizować. Tym razem zrezygnowałam całkowicie z włoszczyzny, dodałam za to smażoną, czerwoną paprykę. Do tego oczywiście cebula, sporo cukru, ocet jabłkowy i balsamiczny oraz aromatyczne przyprawy - cynamon, czosnek, imbir, bazylia. Choć obie wersje ketchupu domowego smakowały mi bardzo, ta chyba jednak przypadła mi do gustu nawet mocniej. Polecam gorąco.

A do tego publikuję dziś przepis na szybki, pyszny makaron. Przypomina mi w smaku jedną z pysznych i niewiarygodnie prostych sałatek, ja jednak zamiast majonezu dodałam kremowy sos śmietankowo-pomidorowy. No i podałam danie na ciepło. Makaron penne, tuńczyk, słodka kukurydza, bazylia. Prosto, tanio. Pysznie.

Polecam serdecznie oba przepisy, nawet ludziom tak zmęczonym życiem, jak ja.

 

 

Ketchup z papryką, cynamonem, czosnkiem i bazylią

Przepis autorski.

Składniki (2 średnie słoiki):

  • 2 kg pomidorów, o dużej ilości miąższu i małej pestek (np. podłużnych Lima)
  • 1 czerwona papryka
  • 1 cebula
  • 7 łyżek cukru (ok.)
  • 1 łyżeczka soli + więcej
  • 1/4 szklanki octu jabłkowego
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1/4 łyżeczki imbiru
  • 1 łyżka bazylii
  • 1 łyżka suszonego czosnku (granulowanego)
  • 2 łyżki oleju

Paprykę umyć, usunąć gniazdo nasienne i pokroić w kostkę. Na patelni rozgrzać olej i podsmażyć przez kilka minut paprykę. Następnie dodać posiekaną cebulę, oprószyć słodką papryką i smażyć kilka minut na małym ogniu do zeszklenia.

W międzyczasie pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pokroić na mniejsze cząstki i włożyć do dużego garnka. Dodać całą zawartość patelni i gotować ok. 20 minut bez przykrycia, aż warzywa zmiękną. Następnie odlać niepotrzebną wodę (uważając bardzo, aby nie wylać miąższu!) i całość dokładnie rozgnieść blenderem, a potem dodatkowo jeszcze przetrzeć przez drobne sitko. Masę postawić z powrotem w garnku na gazie i gotować bez przykrycia na małym ogniu ok. 30 minut, aż całość zgęstnieje. Następnie dodać octy, cukier, sól, wymieszać i gotować kolejne 30-40 minut, aż ketchup mocno zmniejszy swoją objętość. Dodać przyprawy, doprawić ewentualnie do smaku solą i pieprzem. Gorący ketchup przelewać do wyparzonych słoików i pasteryzować w piekarniku.

 



Penne z tuńczykiem i kukurydzą w sosie śmietankowo-pomidorowym

Przepis autorski.

Składniki (3 porcje):

  • ok. 300 g makaronu penne
  • 1 szklanka śmietanki kremówki 30 %
  • 1 puszka pomidorów
  • 2 puszki tuńczyka w oleju
  • 1/2 puszki kukurydzy
  • 1 łyżeczka cukru
  • sol, pieprz, bazylia

Makaron ugotować w osolonym wrzątku, aby był al dente, odcedzić i trzymać w cieple.

Na patelnię wlać 1-2 łyżki oleju spod tuńczyka, dodać pomidory wraz z całą zalewą, zagotować, a potem dusić na niewielkim ogniu przez ok. 30 minut, aż sos się zredukuje. W połowie duszenia rozgnieść pomidory na gładką masę. Następnie dodać śmietankę kremówkę, łyżkę bazylii oraz cukier, wymieszać, zagotować i gotować dalej na niewielkim ogniu, aż do zgęstnienia sosu. Po tym czasie dodać jedną puszkę odsączonego z oleju tuńczyka oraz 4 łyżki kukurydzy. Wymieszać, doprawić do smaku solą i pieprzem, dodać makaron. Wszystko podgrzewać, aż danie będzie ciepłe, dodać drugą puszkę odsączonej ryby, starając sie, aby za bardzo jej nie rozdrobnić. Gdy danie wystarczająco się podgrzeje, rozłożyć je na talerze. Porcje posypywać dodatkowo kukurydzą oraz suszoną bazylią.



Smacznego!!! :)

 

sobota, 13 lipca 2013

 

... na Brackiej pada deszcz...". A ja wciąż mam nadzieję, że wszystko mokre będzie już tylko od deszczu.

Ściślej rzecz biorąc, nie pada tylko leje, z towarzystwem grzmotów i piorunów, no ale z czym ja bym sobie nie poradziła, nawet bez kurtki i parasola, z małą torebką na drugim końcu Polski.

Ostatnio mało gotuję i piekę, coś za dużo lenistwa jak na mnie, zdecydowanie. Ale przynajmniej któregoś razu usmażyłam ten dżem: truskawkowy, najprostszy, choć z lekkim twistem - dodatkiem octu balsamicznego, bo że z truskawkami komponuje się genialnie, to już wiedzą prawie wszyscy. Truskawkowe dżemy lubię najbardziej. Zwracam tylko uwagę na sposób przygotowania przetworu: zrobiłam go metodą, którą wykonywałam w zeszłym roku dżem morelowy - czyli po zagotowaniu odsączyłam owoce z syropu i gotowałam sam syrop aż do zredukowania objętości, dzięki czemu owoce pozostały w apetycznych kawałkach. Polecam serdecznie!

 

Przepis autorski.

 

Dżem truskawkowy z octem balsamicznym

Składniki ( 2 malutkie słoiczki):

  • 500 g truskawek
  • 100 g cukru
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • kilka pestek z cytryny
  • 2 łyżki octu balsamicznego

Truskawki umyć, usunąć szypułki, pokroić na połówki. Następnie włożyć do garnka, zasypać cukrem i zostawić w chłodne miejsce na 1-2 godziny, aż puszczą sok. Po tym czasie dodać cytrynę, wymieszać i zagotować. Zmniejszyć ogień i gotować ok. 10-15 minut, po czym odcedzić truskawki na durszlaku – zaś odcedzony z truskawek syrop włożyć z powrotem do garnka i zagotować, wkładając do niego również szczelnie zawinięte w gazę pestki (są one źródłem pektyny, która ułatwia gęstnienie dżemu). Sukcesywnie dolewać do rondla również skapujący z truskawek sok. Gotować syrop ok. 35 minut aż mocno zgęstnieje. Następnie włożyć do niego z powrotem owoce, wymieszać. Dodać ocet balsamiczny i gotować jeszcze kilkanaście minut aż dżem osiągnie pożądaną, gęstą konsystencję. Przełożyć do słoiczka.

Dżem można dodatkowo zapasteryzować, jeśli chcemy, by starczył na dłużej. Jak to zrobić, opisywałam już w tym poście (klik).



Smacznego!!!

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

czwartek, 04 kwietnia 2013

 

Omg, publikuję i publikuję, a potrawy wciąż piętrzą się na dysku! Cóż, nie pozostaje mi nic innego, tylko… dalej publikować. Przynajmniej mam wymówkę na to, że brak ostatnio jakichkolwiek wstępów do notek xd.

Nie raz już wspominałam, że ubóstwiam wprost wszelkie niekonwencjonalne, słodko-kwaśno-słone smaki, połączenie wytrawnego ze słodkim, mięsa z owocami, korzennymi glazurami, miodem… Rzeczą, za którą również wprost przepadam są owocowe chutney`e do mięs czy też serów. I to w każdej postaci. Od tych najprostszych i najbardziej znanych: konfitury z borówki czy żurawiny, bo te dużo bardziej wyszukane i złożone. Na blogu pojawiło się już kilka przepisów na wytrawne przetwory:

Dzisiaj mam natomiast przyjemność zaprezentować następny do kolekcji wytrawny chutney – który umilał nam tegoroczne święta wielkanocne. Chutney, albo też konfitura, to połączenie karmelizowanej, czerwonej cebuli, konfitury wiśniowej i odrobiny chrzanu, z majerankiem, tymiankiem, gałką. Idealnie pasuje jako dodatek do pieczystych, wędlin, serów… Ja natomiast przyrządziłam go w pewnym konkretnym celu… Powiem na razie tylko, że chutney stanowił przepyszny składnik świątecznego obiadu :>. Ale o tym w następnym poście! Tymczasem zapraszam na przepyszny, domowy wytwór. Bardzo w moim stylu. Naprawdę gorąco polecam!

 

Inspiracja: przepis z książeczki Poradnika Domowego pt. Słodka Wielkanoc 2013. Ja jednak zmieniłam proporcje, sposób przygotowania, dałam dużo mniej chrzanu, więcej wiśni, czerwone cebule, doprawiłam też wg własnego uznania. Podaję po zmianach.


Składniki (miska sosu):

  • 3 czerwone cebule
  • 3 łyżki oliwy
  • 200 g konfitury wiśniowej
  • 1 łyżeczka chrzanu
  • 3/4 szklanki wody
  • sól, pieprz
  • gałka muszkatołowa
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka tymianku, 1/2 łyżeczki majeranku

Cebule obrać, posiekać. Na patelni rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę i dusić na niewielkim ogniu ok. 15 minut, aż się skarmelizuje – cebula jednak nie może  stać się chrupka, ma być miękka i oblepiona oliwą. Po tym czasie dodać wodę, konfiturę wiśniową, chrzan i wszystko wymieszać. Dusić na minimalnym palniku kilkanaście minut, aż całość zgęstnieje i się zredukuje. Doprawić solą, pieprzem, gałką, sokiem z cytryny, tymiankiem i majerankiem. Podawać można na ciepło – jako sos do mięs (np. do piersi kaczki pieczonej w majeranku, przyprawach i z jabłkami – jak zrobiłam to ja – przepis tutaj, klik) albo też na zimno – jako wspaniały dodatek do wędlin czy wyrazistych serów.

... A już jutro - przepis na pyszne główne danie obiadowe, którego jednym z kluczowych składników będzie prezentowany dzisiaj chutney! Zapraszam serdecznie! :)

 

Smacznego!!! *_*

 

niedziela, 30 grudnia 2012

 

Czas leci, już jutro ostatni dzień roku. Fatalnego roku. Plusy? Jasne, że są. Jeden aż sam rzuca mi się w oczy. W dziedzinie sztuk kulinarnych podszkoliłam się tak, jak nigdy dotąd. Ale nie, dziś jeszcze nie czas na podsumowania. Myślę, że dużą, podsumowującą notkę sklecę jakoś jutro rano. I wstawię wreszcie mój pyszny tort bożonarodzeniowy, z którego jestem tak dumna!

A dziś taki niewielki wpisik, w którym zaprezentuję mój przepis na szybki, lecz naprawdę pyszny i aromatyczny chutney żurawinowo-pomarańczowy z mocnym akcentem ziaren kolendry. Chutney to rodzaj wytrawnej konfitury, której używa się zazwyczaj do serów bądź też mięs. Ja swój chutney przygotowałam z okazji Bożego Narodzenia. Jedliśmy z nim sery czy wędliny podczas świątecznego śniadania, ale głównie był on dodatkiem do prezentowanego wczoraj indyka faszerowanego bakaliami (polecam - klik!). Polecam serdecznie!!!

 

Przepis był wypadkową wielu znalezionych w gazetach czy internecie, efekt końcowy: autorski.

 

Składniki (na 1 niewielki słoiczek):

  • 80 g suszonej żurawiny
  • 1 niewielka pomarańcza
  • 2 łyżeczki ziarenek kolendry
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • sól, pieprz

Żurawinę umieścić w rondelku, zalać wodą. Zagotować, zmniejszyć gaz i gotować przez ok. 10 minut. W międzyczasie obrać pomarańczę, usunąć pestki i pokroić owoc na małe kawałki. Wrzucić do rondelka z żurawiną. Dusić przez ok. 8 minut. Następnie rozgnieść blenderem.

Kolendrę zmiażdżyć w moździerzu, dodać do rondelka z owocami. Doprawić miodem, pieprzem oraz solą. Chutney ma być słodkawy, lecz nie całkowicie słodki! W razie potrzeby dolać wody do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Gorącą konfiturę przełożyć do słoiczka. Jeśli wykonujemy ją z większych proporcji, należy ją zapasteryzować.

 

Smacznego!!! :)

 

czwartek, 13 grudnia 2012

 

Marcepan całkowicie kojarzy mi się ze Świętami. I to nawet nie z wigilijnym piernikiem – u mnie w domu nigdy nie przekładało się piernika marcepanem. Ha, właściwie, to rzadko kiedy na Boże Narodzenie  w ogóle piekliśmy piernika – zawsze były to małe, urocze pierniczki. Mama piekła ponadto klasyczny sernik z białej czekolady, zawsze był również tort – choć od zeszłego roku to ja go przygotowuję (plan na tegoroczny mam w głowie już prawie ułożony… oj, będzie cudownie – ale nie zapeszam!), ponadto jeszcze kilka innych ciast, do tego wypieki cioci i jej rodziny.

Jeśli zaś chodzi o marcepan – u mnie w domu zawsze jadło się go prawie „saute” – w postaci marcepanowych kartofelków, marcepanowych czekoladek czy też bloczków marcepanowych w czekoladzie – zwłaszcza gorzkiej… Mmm, coś pysznego. Mama szczególnie uwielbia ten smak. A w okresie Bożonarodzeniowym ta jej miłość do marcepana zawsze jeszcze się zwielokrotniała – bo wszędzie dostać można marcepanowe słodkości okryte w śliczne, świąteczne opakowania, z eleganckimi gwiazdkami, w barwach złota, zieleni i czerwieni. Zawsze jednak były to słodycze kupne.

W zeszłym roku po raz pierwszy pokusiłam się o zrobienie domowej masy marcepanowej – przy okazji tej oto krajanki (klik). Jak pisałam, sprawiło mi to dość sporo problemów. Nie wiem zupełnie dlaczego (choć pewnie z powodu, że jeszcze nie byłam tak obeznana w dziedzinie kulinarnej jak jestem dzisiaj) robiłam ten marcepan z jakiegoś dziwacznego i niepotrzebnie skomplikowanego przepisu – z gotowaniem syropu, syropem kukurydzianym i soft ball stage. Jasne, można, też wyjdzie – jeśli ma się odpowiedni sprzęt. Ale po co? Skoro jest przecież tak prosty i genialny sposób na przyrządzenie tego smakołyku.

Na ten przepis natknęłam się w wielu miejscach. Masa marcepanowa z niego to po prostu… zmielone migdały połączone z cukrem pudrem, odrobiną alkoholu, wody i olejku migdałowego. Nie jestem z tych ludzi, którzy nawet nie próbując, mówią: a to jest fe, bo jest kupne, domowe zawsze lepsze! Nie. Wiele sklepowych rzeczy jest naprawdę bardzo dobrych. I mogę z czystym sumieniem powiedzieć – marcepan z tego przepisu smakuje naprawdę identycznie jak ten, który kupujemy gotowy!

Kluczem do sukcesu są dwie sprawy. Po pierwsze, samodzielne zmielenie migdałów – blenderem, bardzo drobno i dość długo – tak, aby zaczęły wydzielać swą naturalną tłustość. Po drugie – bardzo oszczędnie dawkować płyny. Masa po zmieleniu i połączeniu z cukrem już sama w sobie powinna lekko się kleić. Wystarczy trochę wody, spirytusu i trochę olejku (olejek migdałowy spełnia tu swą rolę idealnie – nie dość, że jest mocno aromatyczny – a tego właśnie do marcepanu potrzeba – to jeszcze dodaje masie konsystencji).  A więc – gorąco polecam! :)

Przepis podpatrzony w wielu miejscach, podaję według moich sprawdzonych proporcji.

 

Składniki (na ok. 200 g marcepanu):

  • 100 g migdałów (lub płatków migdałowych)
  • 100 g cukru pudru
  • 1,5 łyżeczki spirytusu
  • 1,5 łyżeczki wody
  • kilka kropel olejku migdałowego

Migdały sparzyć, obrać ze skórki - dokładnie. (Gdy używamy płatków migdałowych, krok ten pomijamy).

Następnie umieścić je w misce blendera lub w misce i blenderem ręcznym i zmielić starannie na bardzo drobny proszek - powinno to trwać ok. 5 minut, gotowa masa powinna być lekko wilgotna od tłuszczu wydobytego z migdałów. Dodać przesiany cukier puder, wszystko zmiksować. W miseczce zmieszać wodę, spirytus i olejek migdałowy. Następnie dodać do masy migdałowo-cukrowej. Wszystko dokładnie zagnieść na gładką, jasną, tłustą kulę. Aby lepiej się go kroiło i porcjowało, można marcepan taki włożyć do lodówki do schłodzenia. Korzystać w miarę potrzeby.

 

Smacznego! :)

 

piątek, 14 września 2012

 

Zimno, wietrznie, nieprzyjemnie. Co prawda słońce jeszcze wyrzuca nam swe promienie, ale jak dla mnie to raczej przeszkadza niż pomaga. Lubię, jak pogoda jest zdecydowana. Albo jest ciepło i świeci słońce, albo zimno, deszczowo - i przychodzi jesień. A tak szczerze powiedziawszy, zdecydowanie wolałabym już tę drugą opcję ;).

Dzisiaj więc trochę już jesiennie - bo prezentuję Wam konfiturę z karmelizowanej czerwonej cebuli. Publikowałam już kiedyś na blogu konfiturę cebulową, jednak tamta wersja była, hmm, dość amatorska ;). Bez esencjonalnego wina i przypraw, z niewielką ilością oliwy - i wykonana z białej, a nie jak tym razem, czerwonej cebuli. Teraz bazowałam głównie na przepisie Liski, oczywiście jednak doprawiając całość według własnego smaku. Jest przepyszna - kleista, karmelowa, mocno aromatyczna... Idealna. A w połączeniu z fetą, serem kozim albo gorgonzolą daje wręcz nieziemski efekt. Do tego kromka świeżego chleba - i mamy cudowny, jesienny wieczór ;). Polecam gorąco!

Przepis pochodzi z White Plate (klik), jednak dodałam więcej cukru i doprawiłam konfiturę wg własnego uznania - z dodatkiem tymianku, większej ilości octu i bez cytryny. Podaję po moich modyfikacjach.

 

Składniki (na 2 średnie słoiczki):

  • 5 czerwonych cebul
  • 6 łyżek oliwy
  • 4-5 łyżek cukru
  • 1 łyżeczka granulowanego czosnku
  • 100 ml białego wina
  • szklanka wody
  • 2 listki laurowe
  • 6 łyżek octu balsamicznego
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • sól, pieprz

Cebule obrać, posiekać. W garnku rozgrzać oliwę, wrzucić cebulę. Wymieszać i dusić na najmniejszym ogniu ok. 15 minut, aż warzywo zmięknie. Dodać cukier, wymieszać, dusić 3 minuty. Wlać wodę i wino, wsypać listki laurowe, tymianek i czosnek. Wymieszać. Dusić całość na małym ogniu aż woda wyparuje, a cebula stanie się miękka i kleista - ok. 45 minut do godziny. Doprawić octem balsamicznym, solą i pieprzem (lecz soli niezbyt wiele, konfitura nie ma być słona), wyjąć listki laurowe. Potrzymać na ogniu jeszcze 3 minuty. Następnie gorącą konfiturę przekładać do wypieczonych wcześniej słoiczków. Coś cudownego!

Wyrób można dodatkowo zapasteryzować - pisałam o tym tutaj.

A już niebawem na blogu przepis z karmelizowaną cebulą w roli głównej - zapraszam do czytania! :).

 

Smacznego! *__*

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

środa, 29 sierpnia 2012

 

To była pierwsza, najpierwszejsza konfitura jaką zrobiłam ;). Przed przystąpieniem do pracy czytałam wiele stron i przepisów dotyczących sporządzania przetworów z owoców, w tym z wiśni. Choć stosowałam się do ogólnych zasad domowego przetwornictwa, to ostatecznie konfiturę zrobiłam według własnego uznania: dokładnie taką, jaką chciałam mieć, jaką uwielbiam, i jakiej nie znajdę w żadnym sklepie ;). Jest więc słodka, lepka (na początku wyszła nawet zbyt gęsta, na szczęście udało mi się ją „naprawić” ;)) i bardzo korzenna: ze sporą dawką cynamonu i odrobiną wanilii oraz odrobiną alkoholu. Do tego świeża bułeczka, masełko i herbata lub kubek ciepłego mleka – i jest idealnie. A zapach, który unosił się po domu podczas smażenia owoców, wprost zwalał z nóg ;). Polecam!

Przepis własny.

 

Składniki (na 3 małe słoiki):

  • 1 kg wydrylowanych wiśni
  • ok. 400 g cukru (lub do smaku; zależy od tego, jak kwaśne mamy wiśnie)
  • 2 płaskie łyżeczki cynamonu
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej (lub ziarenka wyskrobane z laski wanilii)
  • 1/2 kieliszka spirytusu

 Umyte i wydrylowane wiśnie zasypać cukrem, wymieszać i odstawić na 1-2 godziny. Następnie zagotować i odstawić do ostudzenia (np. na całą noc do lodówki). Można też pominąć ten krok i od razu zabrać się do smażenia konfitury. Owoce zagotować, przemieszać i gotować na małym gazie do zgęstnienia i uzyskania odpowiedniej konsystencji – mnie to zajęło ok. 1,5 godziny. Doprawić cynamonem, wanilią, spirytusem, wymieszać i pogotować jeszcze kilka minut. Gotową, gorącą konfiturę przekładać do wyprażonych słoiczków.

Konfiturę można dodatkowo zapasteryzować – tak, jak zrobiłam to w tym przepisie (klik).

 

Smacznego!!!

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

niedziela, 26 sierpnia 2012

 

... A w przerwie zapraszam na pyszny, słodki, domowej roboty sok-syrop z wiśni z nutką wanilii, który zrobiłam jeszcze przed wyjazdem do Egiptu - aby zdążyć z publikacją przed zakończeniem akcji sierpniowej Domowej Spiżarni ;).

Przy okazji publikowania wpisu o kandyzowanych wiśniach wspomniałam, że z pozostałego po nich, bardzo gęstego, słodkiego syropu przyrządzić można domowej roboty syrop-sok. Dziś właśnie opublikuję przepis na taki sok. Można go zrobić na wiele sposobów: pierwszy to właśnie użycie pozostałego po kandyzowaniu wiśni syropu, drugi – przygotowanie go za pomocą „sokownika” (specjalnego garnka z miejscem na owoce, na cukier i rurką, przez którą wylatuje gotowy płyn) i trzeci – czyli tradycyjne gotowanie i odcedzanie posłodzonych owoców.

Ja swój sok przygotowałam z wiśni, lecz można zrobić go również z wszelakich innych owoców. Ponadto, doprawiłam go ciutką wanilii. Mikstura taka jest idealna jako baza do soku rozcieńczanego wodą, jako dodatek do rozgrzewającej, zimowej herbatki albo też wyborny sos do lodów i deserów. Jedyna zasada jest taka, że syrop musi być naprawdę słodki. Pyszny, domowy i bez żadnych konserwantów – polecam gorąco!

Przepis własny (na 1 średni słoik syropu).


I metoda

Składniki:

  • syrop pozostały po kandyzowaniu wiśni (z tego przepisu, klik)
  • 100 g cukru
  • 1-2 szklanki wody
  • kilka kropel ekstraktu waniliowego lub ziarenka z przekrojonej laski wanilii

Odcedzony syrop umieścić w rondlu, dolać wodę, cukier (ilość jest orientacyjna, to zależy od tego, jak bardzo stężony jest nasz syrop) i wanilię. Zagotować, mieszając, aby cukier się rozpuścił, i następnie gotować jeszcze chwilę do zgęstnienia. Gotowy płyn przelewać do wypieczonych słoiczków lub butelek.

II metoda

Składniki:

  • 1 kg wydrylowanych wiśni
  • Ok. 600 g cukru (zależy, jak kwaśne mamy owoce)
  • kilka kropel ekstraktu waniliowego lub ziarenka z przekrojonej laski wanilii

Umyte i wydrylowane wiśnie zasypać cukrem i odstawić na 1-2 godziny w chłodne miejsce, aby puściły sok. Następnie zagotować, potrzymać na ogniu kilka minut i zostawić do całkowitego ostudzenia, najlepiej na całą noc do lodówki. Kolejnego dnia owoce z syropem zagotować i dokładnie odcedzić syrop na sicie. Gotować go na niewielkim ogniu do uzyskania odpowiednio gęstej konsystencji, doprawić wanilią. Gotowy sok przelewać do wypieczonych słoiczków lub butelek.

III metoda

Składniki:

  • 1 kg wydrylowanych wiśni
  • Ok. 600 g cukru (zależy, jak kwaśne mamy owoce)
  • kilka kropel ekstraktu waniliowego lub ziarenka z przekrojonej laski wanilii

Owoce i cukier umieścić w specjalnym garnku-sokowniku, a następnie postępować zgodnie z instrukcją. Gotowy sok przelewać do wypieczonych słoiczków lub butelek.

Syrop można dodatkowo zapasteryzować – tak, jak zrobiłam to w tym przepisie (klik).

Smacznego!

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

*   *   *

Cały czas gorąco zapraszam do czytania moich relacji z wyprawy do Egiptu, od strony kulinarnej i nie tylko ;). Wstęp tutaj, zaś tu - rzecz o przekąskach i daniach głównych. Dalsze części już niebawem!

piątek, 10 sierpnia 2012

 

Szaro, zimno, deszczowo - czyli wróciło "prawdziwe polskie lato". Ale ja dzisiaj żegnam się z nim na całe dwa tygodnie i lecę na gorący, pełny przygód wypoczynek do Egiptu! :D Tak więc od rana jestem na walizkach, wciąż nie mogąc uwierzyć, że już za kilkanaście godzin będę w zupełnie innym świecie... ;). Po powrocie - sprawozdanie. Z kulinarnej części wyjazdu na pewno!

A Was zostawiam z jeszcze jednym przepisem z domowej spiżarni, a mianowicie: kandyzowanymi wiśniami. Roboty było z nimi mnóstwo, kandyzowanie owoców domowym sposobem polega bowiem na kilkukrotnym zalewaniu zimnych gorącym, coraz bardziej stężonym syropem z tychże, w odstępach kilkugodzinowych. Pod koniec praca staje się jeszcze trudniejsza, syrop jest tak gęsty, że wręcz zbryla się w cukrowo-wiśniowe bloczki. Ale warto - piękne, szkliste, słodkie wiśnie w słoiczkach wynagradzają wszystkie trudy... ;)

Przepis: z bloga "Makagigi" (klik).

 

Składniki (na 2 małe słoiczki):

  • 1 kg wiśni
  • 600 g cukru

Wiśnie umyć, wydrylować, starając się, aby owoce były jak najmniej naruszone - powinny ładnie wyglądać. Następnie zasypać cukrem i zostawić na parę godzin (lub na całą noc do lodówki), aby puściły sok.

Wiśnie wraz z sokiem powoli zagotować i gotować od momentu wrzenia ok. 3 minuty, delikatnie przemieszać i całkowicie ostudzić. Wiśnie osączyć na sicie - zlać powstały syrop, zagotować go i gotować ok. 5 minut, zalać całkowicie zimne wiśnie gorącym syropem. Delikatnie przemieszać, całkowicie wystudzić. Czynność tę powtarzać 3-4 razy (czyli zalewać zimne owoce gorącym syropem co kilka godzin), aż wiśnie będą szkliste. Następnie dokładnie odsączyć z syropu, lekko podgrzać, włożyć do wypieczonych słoików i zapasteryzować. Cudeńko ;).

Informacje dot. pasteryzowania przetworów: patrz poprzedni wpis (klik).

Pozostałego z kandyzowania wiśni syropu absolutnie nie wylewać! Można z niego zrobić wspaniały syrop lub sok do rozcieńczania. Ale o tym będzie już jak wrócę ;)


A więc... bon appetit dla Was i bon voyage dla mnie! :D

 

 

 

Ten wpis bierze udział w akcji:

środa, 08 sierpnia 2012

 

Słyszałam bądź też czytałam kiedyś, że gdy upieczesz swój pierwszy chleb, bułki, zrobisz własny sok, dżem czy konfiturę, będziesz chciała/chciał robić to już ciągle. Sama niegdyś zarzekałam się: "przetwory robią tylko babcie, zajmuje to dużo czasu, jest staroświeckie" etc. etc. Być może takie przekonania wpoiła mi mama. Ale w tym roku, po raz pierwszy, zabrałam się za domowe przetwory.

I wpadłam.

Jest coś cudownego w drylowaniu, krojeniu, mieszaniu, zasypywaniu cukrem, smażeniu owoców, dokładnym pasteryzowaniu i zgrabnym napełnianiu słoiczków. A później ich ozdabianiu. Ten zapach, ten aromat... I uczucie, że to TWOJE, WŁASNE, prawdziwe. Czuję, że swoje spotkanie z domowym "przetwarzaniem" powtórzę już wkrótce. A babcią z pewnością nie jestem. Ba. Ledwo przekroczyłam próg dorosłości... ;)

...A dziś, wieczorem, jako pierwsze moich dziełek prosto ze spiżarni, z dumą prezentuję...

...dżem morelowy z prażonymi płatkami migdałowymi! Czyli moja wariacja na temat recepty na "nugatowe morele" Christine Feber. Wiedziałam, że zrobię ten dżem. Bo jeden z domowników uwielbia morelowe dżemy. Bo "nugatowe" to takie piękne określenie. Bo kocham bakalie. Bo to coś innego... ;). W oryginale zawarte były także pistacje, lecz nie dodałam ich, bo nie mogłam nigdzie dostać niesolonych, zresztą, postawiłam na charakterystyczny aromat migdałów. Dałam ich nieco mniej niż proponuje pani Feber, żeby nie zdominowały smaku moreli. Ponadto, zwiększyłam minimalnie ilość cukru (i tak dżem wyszedł kwaskowaty). I, co najważniejsze, aby uwydatnić jeszcze smak migdałów, uprażyłam je. Dżem wyszedł pyszny! Polecam ;)

Inspiracja: przepis C. Feber znaleziony u Bei (klik), podaję po moich zmianach.

 

Składniki (na 4 malutkie słoiki):

  • 1,2 kg moreli
  • 350-400 g cukru
  • sok z 1/2 cytryny
  • 70 g płatków migdałowych

Morele umyć, wypestkować i pokroić na ćwiartki. Włożyć do garnka, w którym będziemy gotować dżem. Zasypać, dodać sok z cytryny i odstawić w chłodne miejsce na 1-2 godziny. Następnie zagotować, gotować ok. 3-4 minuty i zostawić do całkowitego ostudzenia (najlepiej na całą noc, po wystygnięciu wstawiając do lodówki). Płatki migdałowe uprażyć na suchej patelni.

Następnego dnia owoce zagotować, pogotować kilka minut i odsączyć na sicie z syropu. Syrop zagotować i gotować do zgęstnienia, sukcesywnie dolewając również skapujący z moreli sok. W międzyczasie zdejmować ewentualne szumowiny. Gdy syrop zgęstnieje (ok. 30 minut), dodać do niego owoce i płatki migdałowe. Wymieszać, zagotować i trzymać na ogniu jeszcze przez chwilkę, do uzyskania odpowiedniej konsystencji. Dżem przełożyć do czystych i wypieczonych słoików.

Dżem możemy zapasteryzować - ja robię to również sposobem Bei. Aby to zrobić, należy dokładnie umyć słoiki, włożyć do piekarnika, włączyć grzanie na 130 stopni i pasteryzować słoiki przez ok. 20 minut. Następnie do gorących, wypieczonych słoików nakładać gorący dżem. Bardzo dokładnie zakręcać i wstawiać do piekarnika jeszcze na ok. 15 minut. I już ;)

 

Smacznego!!!

 

 

Ten wpis bierze udział w akcjach:

 
1 , 2